Gutenberg · eo1.org

← catalogue

Ironia Pozorów

by Maciej Łubieński · Polish · Gutenberg #6000 · 563,522 chars · public domain (US)

The Project Gutenberg eBook of Ironia Pozorów
    
This eBook is for the use of anyone anywhere in the United States and
most other parts of the world at no cost and with almost no restrictions
whatsoever. You may copy it, give it away or re-use it under the terms
of the Project Gutenberg License included with this eBook or online
at www.gutenberg.org. If you are not located in the United States,
you will have to check the laws of the country where you are located
before using this eBook.

Title: Ironia Pozorów

Author: Maciej Łubieński


        
Release date: June 1, 2004 [eBook #6000]
                Most recently updated: May 1, 2013

Language: Polish

Other information and formats: www.gutenberg.org/ebooks/6000

Credits: Produced by Michalina Makowska, Eve Sobol, and Julia Jezierska.


*** START OF THE PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZORÓW ***




Produced by Michalina Makowska, Eve Sobol, and Julia Jezierska.










"Ironia Pozorów"

Maciej hr. Łubieński



PROLOG


Dniało...

Leniwo, sennie pierzchały mgły przezrocze, tulące się dotąd w
niemej pieszczocie do ścian wielkiego grodu i wodnej, płynącej u
stóp jego fali.

Wreszcie - znikły...

Na wzgórzu ukazało się miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi
gmachami i zżółkłą zielenią ogrodów przejrzało się dumnie w
nurtach szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigotał
równocześnie pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego świtu.

Na poddaszach krytego cegłą staromiejskiego domku nieprzesłonięte
niczem okno jedno zaśmiało się weselej od innych do matowego
porannego światła. Ciekawie do wnętrza facyatki wśliznął się
brzask smętny.

W pokoiku, o paru najniezbędniejszych tylko sprzętach, na razie nie
było nikogo.

Pościel nienaruszona bieliła się dość schludnie, wszystko wokoło
zaś wskazywało wyraźnie, iż właściciela siedziby tej od wczoraj
już nie było, puls bowiem kiełkującej tu jakiegoś jednego życia,
zastygły w panującym wszędzie nieporządku, wyraźnie oczekiwać się
zdawał cierpliwie na swego pana i władcę.

Tymczasem zaś tylko po niezamiecionych kątach błąkały się pustka i
nuda, a nietrudno było domyśleć się, że bieda w swej ziemskiej
wędrówce zaglądać tu nieraz musiała...

Gościnę jej bowiem zdradzało tutaj - wszystko. A więc i ubożyzna
mebli i atmosfera jakaś duszna, wreszcie to coś niewidzialnego,
nieokreślonego, z kątów, ze ścian, zewsząd, wyzierającego, co, jak
widma cień, szeptem jakby, mówi wciąż o sobie i łzawo się skarży.

W przedziwnie zgodnej, panującej tu ogólnie harmonii szarzyzny,
melancholii i smutku, dźwięczała jednak, drgała, niby uśmieszek
radosny, jasny, nuta weselsza. Była zaś nią stojąca w rogu pokoju,
na komódce staroświeckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy
oprawna fotografia gabinetowa młodej dziewczyny, ku której z obok
stojącej szklaneczki małej wychylała się pieszczotliwie w rozkwicie
swym śliczna aksamitna pąsowa świeża róża.

Dziewczę i róża patrzyły na siebie, lecz królowa kwiatów z
sąsiedztwa swego dumną być tylko mogła.

Z martwej bowiem kartki kartonu, spoglądała na świat dużemi oczyma
cudna twarz dziewczyny, a zaklęty w rysach i układzie całej postaci
nieujęty jakiś wdzięk - ta siła największa kobiety, oporna na lata
i burze życia, świeża zawsze, jak kwiecie wiosny - szła na widza i
chwytała go za serce, czarując natychmiast swem słabem bądź co
bądź tylko artyzmu ludzkiego odbiciem.

Odosobnienie zaś wyraźne rogu izdebki, gdzie stała fotografia, od
otaczających i rozrzuconych po pokoju sprzętów, oraz pewna czystość
staranna, cechująca to miejsce - świadczyły sobą również aż
nadto, że nieobecny właściciel mieszkanka tego dbał wielce o ten
zakątek, zdradzając przytem, że i on w biedzie swej miał może
jakąś chwilkę jasną, jakieś swoje marzenie!...

Tak, niewątpliwie!...

Siła bowiem jakby ukryta, a nieujęta jednocześnie i dziwna, biła od
tego kącika pamiątek; zdawał się być on jedynym uśmiechem smutnego
zkądinąd tu bytu i jedyna również kapliczka, nikłego złudnego
zapewne jakiegoś szczęścia, ale zawsze - szczęścia.

W szarą nędzę istnienia "pana", zamkniętej w tych ścianach biedy,
życie wplątało widać jakąś nić złotą, rzuciło na osłodę
hojnie i litościwie pęk duchowych promieni!...

Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywało nic zgoła... Przez małe
okienko widać tu było spiętrzone dachy z czerwonej cegły, kominy;
dalej, w dole, srebrzyła się rzeka, a środkiem niej cicho sunęła
właśnie berlinka, zdążając ku miejskiej przystani.

Z wieży którejś z poblizkich świątyń w ogólnem milczeniu
melodyjnie rozległ się niebawem dźwięk sygnaturki porannej.
Monotonne nieco popłynęło w dal echo z dzwonu, a zawtórowały mu
wkrótce świstawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i
pieczywem, oraz inne, płynące zewsząd odgłosy.

Powolnie budziło się już miasto.

Krętymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zdążał krokiem równym i
szybkim ku opisanej powyżej siedziby swojej młody mężczyzna, rosły
i gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miękki kastrowy
kapelusz, nadający śniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyraźny
typ jakby południowca z Zachodu. Szedł on, pogwizdując z cicha, z
rękami w kieszeniach, zamyślony, a po wyminięciu kilku przechodniów,
skręciwszy w uliczkę wązką i głuchą, znalazł się na niej sam
zupełnie.

Po chwili jednak z poza węgła staroświeckiego domu, tworzącego róg
tej ulicy, wysunęła się pewna postać i poczęła iść w ślad za
nim.

Była to biedna jakaś babina, a snać nieco podpita, bo zataczając
się z lekka, krzykliwie podśpiewywała coś sobie. Mała, krępa,
okręcona czerwoną wełnianą chustką i w takiejże spódnicy,
kołysała się ona zabawnie, przystając co kroków kilka, i niby
baletnica szybko wykręcając się na jednej nodze.

W swe kościste ręce spódnicę ujmowała przytem pociesznym ruchem, a
z pełną komizmu gracyą unosząc ją wyraźniej i głośniej
powtarzała ostatnią piosenki zwrotkę, i szła dalej, aby w parę
minut ponownie wykonać też same identycznie produkcye.

Idący ulicą mężczyzna przystanął i patrzał ciekawie na babinę,
wkrótce jednak, znudzony, obojętnie odwrócił się i począł iść
dalej.

W tej samej chwili posłyszał za sobą wołanie:

- Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, stójcie!...

Młody człowiek odwrócił się  i ujrzał zmierzającą ku niemu
kobiecinę; trzymała coś w ręku i kiwała nań. Zdziwiony podszedł
bliżej i zapytał:

- Cóż to, czegóż ode mnie chcecie?

Babina zaś, podając mu jakiś przedmiot, objaśniła:

- A dyć zgubiliśta to panoczku!... Przez mała psewróciłabym se bez
tę torbę...

Nieznajomy machinalnie ujął w rękę, co mu dawano.

Trzymał pugilares duży, ciężki i elegancki; był on ze skóry koloru
wiśniowego i mile dotknięciem swem pieścił.

Na ten widok zarumienione od porannego chłodu oblicze młodzieńca
zbladło, ręka mu zadrżała nerwowo, a na ustach, które z lekka
poruszyły się niedostrzegalnie, zamarły, jakby niewypowiedziane
jakieś słowa.

Jednocześnie spojrzenie jego dużych ciemnych oczu obrzuciło badawczo
uliczkę: wokół nie było nikogo, tylko zapuszczone story licznych
okien u domów patrzyły przed siebie martwem okiem - w ciszy uśpienia
jeszcze drzemało tu miasto.

Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spoczął z kolei na twarzy
stojącej przed nim kobieciny, i zatrzymał się na niej długą
chwilę...

Zdawała się ona być ze wsi, a Bogu duszę winna, ucierała w tej
chwili swój nos zamaszyście, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi
naszemu właściwym sposobem, mrugając równocześnie małemi,
zaszłemi krwią, jak u królika, oczkami. Niewątpliwie była przytem
poweselałą od trunku, a nie pijaną przed chwilą widać śpiewającą
tylko - tak sobie, gwoli zadośćuczynienia nastrojowi swemu, czy też
może zbytkowi przyrodzonego temperamentu.

- Dziękuję wam! - Lakonicznie rzucił nagle nieznajomy, prosto w
piegowatą i czerwoną twarz babiny i odwróciwszy się z pośpiechem,
podniósł kołnierz paltota, wtulił w niego głowę, nasunął na oczy
kapelusz i począł iść bardzo szybko, wkrótce zaś puścił się
prawie że biegiem.

- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemająca,
- zawyrokowała głośno do siebie, wzruszając ramionami, kobiecina.

Raźno z miejsca ruszyła i śpiewać znowu poczęła, echo zaś jej
piosenki, odbiwszy się o mury charakterystycznych, przygarbionych
wiekiem kamienic Starego Miasta - pognało za niknącym już w głębi
uliczki mężczyzną, ostatnią swą, dwukrotnie powtórzoną, zwrotką:

                  "A kto kocha, ten jest zdrów,
                   A kto kocha -  ten jest zdrów..."



Zgrzytnął klucz w zamku cichej facyatki, otworzyły się gwałtownie
drzwiczki, i na progu stanął właściciel tego mieszkanka. Od powiewu,
wywołanego prądem powietrza, zadrżały firanki u małego okienka, ze
szklanego zaś kielicha pochyliła się ku fotografii młodej dziewczyny
róża aksamitna, jakby pragnąc z nią wspólnie powitać pana swego.

- Nareszcie!... - wyszeptały z ulgą usta przybyłego i ruchem
nerwowym, zamknąwszy cicho drzwi za sobą, przekręcił klucz w zamku.

Rzecz dziwna - natychmiast w czterech ścianach smutnej dotąd izdebki
zrobiło się jakoś weselej i jaśniej!...

Młodość bowiem i siła szły, biły od młodego mieszkańca facyatki,
i niby brakujący promień światła, ożywiły, zda się, wnętrze
poddasza.

Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzesło, młodzieniec bacznie rozejrzał
się po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby coś rozważając,
pozostał w pozycyi stojącej dłuższą chwilę.

Poruszył się jednak niebawem i podszedł do drzwi, nadsłuchując
równocześnie. Postawszy zaś tam minut parę, zbliżył się
następnie do okna, a wpatrzywszy się w nie przez sekundę może, po
krótkiem wahaniu, powolnym ruchem spuścił roletę.

Szarawa ciemność zaległa izdebkę.

Młodzieniec podszedł do kanapy, przed którą stał stoliczek
mahoniowy, i usiadł. Wkrótce w ciszy rozległ się zgrzyt zapałki. Po
chwili mała lampka oświetlała już poddasze, młody człowiek zaś,
raz jeszcze obejrzawszy się wkoło, szybko, sięgnął do kieszeni
swego ubrania.

Nerwowo, śpiesznie wydobył stamtąd wręczony niedawno portfel
skórzany i, z błyskiem ciekawości w oczach roztworzywszy go,
położył na stole.

Z sześciu, zapiętych małemi klapkami, przedziałów złożony, z
wielką spodnią, idącą przez całą długość jego kieszenią, w
oczekiwaniu, cicho, pugilares patrzeć się zdawał na siedzącego
mężczyznę...

Ręce jego jednak, dotknąwszy się tylko pobieżnie wypełnionych
kryjówek, zatrzymały się chwilę bezczynnie, a na nerwowej twarzy
odbiło zdumienie, połączone jakby z przestrachem.

- Jak to, więc tak dużo tu czegoś? -mówiły wyraźnie wielkie,
wyrazu pełne oczy młodzieńca, i jednocześnie pytać się zdawały
niepewne: - Czy tylko to aby pieniądze?..

I dziwna reakcya odbywała się w duszy jego.

Gdy krętemi uliczkami leciał do swego mieszkanka, paliła go chęć
ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... Lęk oto jakiś
niewytłumaczony zawładnął nim nagle.

Przeczucie mówiło mu wyraźnie, że tu, przed nim, w pugilaresie tym,
ukryty na razie od oczu ludzkich, mieścił się majątek może, tkwił
pieniądz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczęścia, drzemała
świata tego potęga - złoto...

A jednak nie poruszył on dotąd wcale portfelu... Dlaczego?

Bo z przeczuciem bogactw, które czekać się zdawały tylko dotknięcia
jego, czuł dobrze, zdawał sobie on sprawę z czegoś innego również.

To była własność cudza!...

Upomną się o nią niewątpliwie; on zaś, nie wiedząc, co się tam
znajduje, możeby mógł jeszcze, pomimo swej nędzy, zwrócić
właścicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy
ręce w zawartości jego?

Z ręką na portfelu opartą mężczyzna zamyślił się bardziej
jeszcze.

Wszak, choć z pozoru wesół i syty, nie posiadał on w istocie na
razie złamanego szeląga przy duszy. Ostatnie pieniądze wydał na
bilet kolejowy, który pozwolił mu wrócić w ściany poddasza z
wczorajszej zamiejskiej wycieczki, związanej z nadzieją otrzymania
posady.

Nie otrzymał jej - wracał z niczem; głodne dzisiaj już teraz
pytająco zaglądało mu w oczy zimnem nieubłaganem spojrzeniem.

A tu, przed nim!...

Młodzieniec zerwał się z kanapki i przebiegł pokój kilka razy.
Nagle, wytrzymać snadź już nie mogąc, pochwycił w drżące ręce
leżący portfel i rozpiął ruchem gwałtownym po kolei wszystkie jego
kieszonki...

I oto z jednego przedziału natychmiast z przyciszonym brzękiem
posypały się na wyszarzałą serwetę stolika rulony złota,
błyszczące, nowe - zamigotały w niepewnem świetle lampy i ułożyły
się cicho... W ślad za nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem
wypadły pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki jego spodniej
wysunęły się do połowy wielkie kwadraty pięćsetrublówek!...

Więc nie było to urojeniem, marzeniem, mrzonką!.. Rzeczywiście zatem
drzemał tu pieniądz w swym majestacie!..

Młody człowiek odskoczył od stołu i wpatrzył się w nagromadzoną
kupę grosza.

Na twarz jego wystąpił wyraz chciwości i oszpecił ją, oczy
głębokie, duże, przybrały połysk koci i wpiły się uporczywie w
banknoty i złoto.

Po chwili zbliżył się ponownie do stolika. Lubieżnym ruchem swej
delikatnej ręki przesunął po nagromadzonych pieniądzach, a po ciele
jego równocześnie przeleciał dreszcz.

Jak włosy pięknej kobiety, jak ciało jej zmysłowe, aksamitne,
pieściły go banknoty... Zanurzył rękę głębiej i dotknął się
złota.

Z cichym brzękiem rozsypało się ono w strumyk błyszczący, a nim do
głębi ponownie wstrząsnął dreszcz.

Nigdy w życiu swem nie miał tyle pieniędzy u siebie. Fortuna zawsze
impertynencko odwracała się od niego, szczęście dotychczas uciekało
odeń również, jak od zapowietrzonego, pieniądz zaś, drwiąco
unosząc się w niedostępnych dlań wyżynach, niepochwytny, szyderczy
- stronił od niego stale.

Młodzieniec przesuwał wciąż machinalnie ręką po storublówkach.
Przed oczyma migały mu wizerunki, podpisy na banknotach, złote
imperyały zimnym dotykiem głaskały jego dłoń...

Wyrwawszy rękę wreszcie z pieszczotliwego uścisku złota, mężczyzna
pochwycił nagle pliki storublówek i liczyć począł.

Drżące ręce jego brały i porzucały co chwila zwitki banknotów;
szelest papieru, zduszony dźwięk monety zagrały w ciszy izdebki,
zdziwiły te biedne ściany, tak zdawna odwykłe od brzęku pieniędzy,
wyganiając, zdawało się, biedę, przykucłą gdzieś w kącie, z
legowiska swego. I widmo jej w łachmanach zniknęło przestraszone,
wygnane szmerem poddanych Złotego Cielca - umknęło, szukając gdzie
indziej schronienia.

A młody człowiek wciąż liczył... Teraz dłoń jego dotykała zwitka
pięćsetrublówek. Było ich dwadzieścia.

Ciemny rumieniec powoli występował na śniadą twarz młodzieńca,
oczy zaś jego paliły się bezustannie chciwości niezdrowym blaskiem.

W papierach i złocie, z pewną, drobną tylko różnicą, było
wszystkiego dwadzieścia siedem tysięcy.

Młodzieniec odstąpił od stołu i wolno z rozmysłem począł
przechadzać się po izdebce.

- Dwadzieścia i siedem tysięcy!.. Dwadzieścia i siedem...

Powtarzając się bezustanku, w głowie jego huczała i wracała myśl
jedna, a dziesiątki innych ginęły, topiły się tylko w niej, jak w
chaosie, zanikały - milkły...

On zatem, który prócz jedynego na sobie odzienia i tych paru
sprzętów wokoło, nie posiadał nic na świecie, on - za jednym
zamachem mógł stać się oto właścicielem owych, rozsypanych przed
nim pieniędzy?..

Młodzieniec zadrżał.

- A moralność? a etyka? To własność nie twoja, to zguba czyjaś
tylko, ty powinieneś pieniądz ten zwrócić, zwrócić, zwrócić!..
jak rój owadów nagle zabrzmiały w uszach mężczyzny jakieś szepty i
głosy.

- Oddać? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwił rozsądek
zimny natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalazłeś
- to twoje! A zresztą, gdyby to samo, co ty, znalazł był kto inny,
czy myślisz, że postąpiłby on inaczej?

- Oddałby, oddał na pewno, bo chciałby pozostać uczciwym!.. - silny
głos prawości rozległ się śmiało w duszy mężczyzny.

Wstrząsnął się młody mieszkaniec facyatki i przetarł ręką
czoło, po chwili zaś zmęczony usiadł na jednym z koszlawych
fotelików i, podparłszy głowę dłonią, zadumał się głęboko.

A rozum drwił dalej bezlitośnie, zjadliwie, sącząc się kroplami
ironii:

- Nie słuchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szeptał. -
Uczciwość - frazesa!.. Któż naprawdę uczciwym jest w czasach
obecnych? Obejrzyj się tylko i wpatrz uważnie w ludzi, walczących o
byt obok ciebie. Czyń wreszcie, jak chcesz... odtrąć łaskawy
uśmiech fortuny!..

Los, odbierając może naumyślnie drugiemu, co miał zanadto w swym
trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyć ciebie, nie chcesz-li?

- Ha, to bądź sobie zatem wspaniałomyślnym, szlachetnym, wielkim!
Umieraj z głodu, bądź głupim!.. Ale pamiętaj, że gorzkiemi łzami
żałować kiedyś będziesz chwili swojego szału - pamiętaj, żeś
biednym!

Zaśmiał się jeszcze rozum szyderczo i umilkł, mężczyzna zaś,
zadumany, pochylił się na krześle, jakby przygnieciony do ziemi,
oparłszy przytem łokcie na kolanach, ukrył twarz w dłonie.

Tak, niestety, był on biednym!..

Straciwszy matkę lat temu parę, uczył się następnie za granicą: w
Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja
wykształcenie nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydował się
rok temu właśnie powrócić do miasta, gdzie ujrzał był światło
dzienne, by zbliżyć się do dotychczasowego opiekuna swego, a brata
rodzonego nieżyjącego już ojca.

W młodzieńczej wyobraźni studenta roiła się nawet podówczas
nadzieja śmiała owładnięcia sercem starego bogacza, aby po
najdłuższem życiu zapisał mu mienie.

Tembardziej zatem śpieszył się z swoim wyjazdem, lecz przybył za
późno niestety; stryja swego już nie zastał.

Łożący tylko z obowiązku na studya bratanka, a nie przywiązany doń
zgoła innym, serdeczniejszym węzłem, parę tygodni temu właśnie
starzec przeniósł się był do wieczności, zapisawszy cały majątek
na dobroczynne cele.

Nie zastawszy więc w mieście nikogo na razie, kto by go znał lub
pamiętał, odważnie z biedą wziął się on wówczas za bary.

Przepisywał referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawał lekcye, czynił,
co tylko mógł i zdobywał miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a
tak zazwyczaj niegościnnym stole...

0 chłodzie i głodzie mijały mu w ten sposób dnie całe, gorycz
jednak do życia, w walce o byt ciągłej, nie rozgaszczała się w
duszy jego, nie mającego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i
gorączce zarobku analizować ciemnych stron swego żywota. Miesięcy
parę temu dopiero siła okoliczności i ludzi, o których ocierać się
począł, żal wykluł mu się w duszy do świata, sącząc z niej
niezadowolenie i gorycz.

Traf ślepy zrządził pewnego dnia, iż spotkał rówieśnika swego z
lat dawnych.

Przy wspomnieniu tem ostatniem, młody mieszkaniec poddasza zmarszczył
brwi i zamyślił się jeszcze głębiej, niż przedtem.

Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze
nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dziś bywalec stolicznych
salonów, chłopiec zamożny, zbliżył się do niego pierwszy wówczas.
Było to podczas karnawału, w zimie, w jednej z kawiarń, bardziej
uczęszczanych w mieście.

Po dłuższej gawędzie i rozpamiętywaniu młodzieńczych lat
ubiegłych, Edumund R-ski rzekł mu wtedy:

- Wiesz co, mój drogi? Dobrze się nazywasz, ładne masz maniery,
które pozostały ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale
dobrze i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowałbym
ci coś... tylko nie obraź się na mnie przypadkiem... Gdyby cię tak
ubrać elegancko, bardzo dobry i okazały byłby z ciebie tancerz... He,
cóż ty na to? Proszony właśnie jestem o młodzież do państwa W. na
bal, pojutrze, chodź ze mną... Siedzisz i marnujesz się gdzieś w
kącie, qui lo sa, przystojnym jesteś, a nuż podobasz się komu?.. Ja
ci pomogę i ułatwię wszystko...

Od słowa do słowa, dał się namówić wtedy. Otrzymawszy od bogatego
i hojnego, oraz uprzejmego kuzyna pożyczkę, wyekwipował się i
poszedł na bal z nim razem.

Edmund R. przeprowadził rzecz całą bardzo zręcznie. Przedstawiwszy
protegowanego swego, nie omieszkał przypomnieć wszystkim z osobna o
stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a także o rodzicach, ongi,
przed laty, zamożnych i wpływowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i
miłego tancerza zapraszać poczęto chętnie, tembardziej, iż
powszechnie wiedziano o przyjaźni jego z Edmundem R., znanym i cenionym
bywalcem.

Młody mieszkaniec skromnego poddasza poruszył się niespokojnie na
krześle i spojrzał przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we
wspomnienia własne.

Wówczas to, po owym pierwszym balu, przestąpił on zaczarowany dlań
dotąd próg salonów i zapamiętale bawić się począł. Życie,
które prowadził, upajało go. Niepomny jutra - szalał.

Trwało to tygodni parę, i nagle skończyło się wszystko... Edmund
R-ski, wezwany telegraficznie do umierającej siostry za granicę,
wyjechał, pieniądze wyczerpały się równocześnie, a zaniedbana
czasowo jego własna zarobkowa praca wysunęła mu się z rąk; ktoś
inny, także potrzebujący biedak, zastąpił go.

W okienko facyatki karnawałowicza zajrzał głód; po wizytach i balach
pozostał w pamięci jego tylko chaos ogólny - wrażenie chwil
rozkosznie jakby prześnionych, i jedno wspomnienie trwałe.

Oczy młodego mężczyzny zadumane, w tej chwili błyszczące i jakby
tkliwe, skierowały się w róg izdebki, gdzie w półświetle lampy
majaczyła fotografia.

Nabył ją u fotografa i niemal codziennie stroił w kwiaty;
przedstawiała zaś ona elegancką pannę z towarzystwa, córkę
ukraińskiego magnata, błyszczącą ubiegłego karnawału w salonach
pięknością, dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a którą pokochał
uczuciem miłości pierwszej - prawdziwej.

Dla niej rzucił się w wir czczych zabaw bez środków po temu, bez
pamięci...

Odepchniętemu twardą ręką biedy od rydwanu bawiącego się świata -
przesłoniętego w pamięci jego gazą ułudną, mieniącego się
setkami odcieni i blasków - pozostały tylko wspomnienia dręczące,
rozkoszne, kilkunastu rozmów, tańców, uścisków dłoni, spojrzeń...
i - nabyta za pieniądz własny fotografia pięknej dziewczyny.

Mydlana bańka złudna - marzenie!..

Siedzący wciąż w zamyśleniu przed stolikiem młodzieniec głowę
pochylił i ponownie ukrył ją w dłonie. Niby na jawie, przed oczyma
żywo stanął mu bal ostatni... W jarzącej się świateł powodzi,
wśród kołyszących się w takt melodyjnego walca par, sunęli oni
wówczas po szklistej posadzce salonów...

Ona miała spuszczoną główkę cudną i opierała się z wdziękiem na
jego ramieniu, on zaś, tuląc nieznacznie tancerkę swą do piersi,
pożerał wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyję kształtną, a
długą i giętka, jak kwiat, o łodydze wysokiej.

Od czasu do czasu piękna panna wznosiła na niego swoje głębokie,
mieniące się źrenice, i spojrzenia ich spotykały się na chwilę...

Potem śliczne dziewczę przykrywało znów oczy długiemi rzęsami; on
rzucał słówko, przyciskał machinalnie kibić jej do siebie,
czekając ponownie niemej źrenic rozmowy. Nagle uciszyło się w
balowej sali...

To muzyka ustała była, a oni walcowali jeszcze, ciągle przytuleni do
siebie - zrośli skrytem jakby pragnieniem.

Później odprowadził znużoną swą tancerkę, a ona leciuteńko,
dziękczynnie paluszkami drobnemi ścisnęła jego dłoń...

Młodzieniec zerwał się z krzesła, potrącił je gwałtownie, i
dużymi krokami zaczął przebiegać szybko swój pokoik. Jednocześnie
z wyrazem miłości bezgranicznej spojrzenie jego pobiegło do komódki
małej, gdzie stała fotografia z różą.

Z kryształowego kielicha delikatnie wychylał się kwiat purpurowy,
dotykając warg prawie dziewczyny. Usteczka jej małe uśmiechały się
rozkosznie, pocałunku zda się spragnione...

Młody człowiek pozostawał chwilę w niemej kontemplacyi ubóstwianego
przez się kącika izdebki, aż wreszcie powoli wzrok swój przeniósł
w stronę stolika, gdzie leżały cicho banknoty i złoto.

Wyraz marzenia, ekstazy błyskawicznie znikł z jego oblicza -
przypomniał sobie chwilę obecną.

Zwolna do stolika zbliżać się począł; utkwiwszy spojrzenie w
rozsypanych pieniądzach, jednocześnie myślał:

- Niemi tylko może zdobyć bym mógł swe marzenie, one pozwolą mi i
ułatwią zbliżenie do ukochanej! A potem...

I mimo woli znowu spojrzał młodzieniec w róg pokoiku.

Oczy dziewczyny kuszące patrzyły zalotnie, paliły go, obiecywać się
zdawały rozkoszy ułudę, miłość - szczęście!.. Rumieniec oblał
twarz mężczyzny.

- Ach, mieć ją, posiadać, i żyć jej życiem, zlać się z nią
istnieniem i duszą!.. - zawirowała mu w głowie myśl uporczywa.

- Przecież to córka magnata; książęta, hrabiowie ubiegają się o
nią, czemże ty jesteś dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, -
uspakajała mózg, nerwy wzburzone, trzeźwa, zimna logika. - Chyba, że
pieniędzy tych oto posiądziesz wiele... wiele...

- Z małych strumieni tworzą się rzeki; weź to, a może ci więcej
przybędzie!.. - szepnął rozum podstępnie.

Młody mieszkaniec facyatki schwycił się nagle za głowę.

Boże, Boże! - wyszeptał - cóż jednak uczyniło ze mnie to, tak
krótkie zetknięcie się z światem zbytku, to zbratanie się, otarcie
z ludźmi szychu i złota! Jakże innym byłem dawniej! Jakże -
lepszym!..

Mężczyzna smutnie zwiesił głowę.

Teraz, przyjrzawszy się niedawno ludziom bogatym, ich trybowi życia,
czuł w sobie, poza uczuciem miłości, dziesiątki związanych z niem
pragnień. Złoto, ten bożek dumny i wspaniały, przed którym korzyły
się miliony, olśniewał go, mamił... Przedsmak zaś możliwych w
dalekiej przyszłości bogactw, użycia, a kto wie, może znaczenia i
wpływów, wespół z osiągnięciem najprzód ukochanej kobiety, za
pomocą tego oto, rozsypanego przed nim grosza - odbierał mu
równowagę duchową, mieszał myśli.

Porwał się znowu z miejsca i po pokoju biegać począł, niebawem
jednak rzucił się na krzesło, wyczerpany, uporczywie, ponownie
wpatrzywszy się w fotografie ukochanej.

Od czasu do czasu odrywał wzrok od drogich rysów kobiety i przenosił
go z wolna na stos banknotów i złota. Później spojrzenie jego,
wewnętrznej pracy myśli jakby posłuszne, wracało powtórnie do
lubego wizerunku.

Przy samych wargach dziewczyny drżał kwiat purpurowy obecnie -
dziewczę i róża całowały się teraz lubieżnie...

A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasać poczęła stopniowo,
niepewnem, migocącem światłem kłócąc się jakby z rąbkiem
radosnego słońca, poprzez rolety zaglądającego co chwila do wnętrza
facyaty.

I półcienie jakieś, tajemnicze, mgliste wsunęły się równocześnie
na poddasze - zaludniły cicho puste, zakurzone kąty jego...

Siedzący młody człowiek zrywa się nagle z krzesła swego.

Bo oto niespodzianie dwoić mu się w oczach zaczyna...

Rozsypane na stole złoto zalewa izdebkę całą, a z komódki starej
zstępować zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postać...
Dotykając stopkami drobnemi złota, idzie ku niemu ona, z zalotnym
uśmiechem, piękna niewinna - chyli się rozkosznie w jego ramiona!..

Mężczyzna ku zjawisku temu wyciąga instynktownie ręce, na wpół
przytomnie naprzód pochyla...

Lecz oto nagle czar pryska...

Wypełniająca wnętrze izdebki złocista przestrzeń znika, zjawisko
eteryczne zaś zaczyna oddalać się coraz bardziej, unosi w górę,
niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak wąż
ognisty, wije się struga błyszcząca ścieżka, dotyka stóp jego -
pomostem złota łącząc go w ten sposób z uchodzącym cieniem
ubóstwianej przezeń kobiety.

Wreszcie znika wszystko.

Młody mężczyzna przeciera dłonią czoło, rozgląda się...

Niema nikogo!

Cóż to więc było?

Hallucynacya zapewne naprężonych nerwów i rozigranej wyobraźni,
rzucająca mu na ekran półcieniów izdebki fantasmagoryczny obraz
noszonego ciągle w duszy dziewczęcia! Wpływ to rozprzężonych
wrażeń i myśli, skutkiem wysiłku, szumiącego jak potok, nawałem
zwątpień i pytań mózgu. Zapewne...

I młodzieniec powtórnie przeciera dłonią zmęczone czoło, a
jednocześnie żałuje jakby, że widzenie już pierzchło. Przed oczyma
stoi mu ciągle, jak żywy, obraz jej, ukochanej - chłonie w siebie jej
postać wdzięczną, całuje myślą oczy jej i usta.

W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo już który, wzrok jego dotyka
banknotów i złota, a w duszy bunt mu się zrywa.

- Jak to?.. On miałby odtrącić od siebie ten grosz, i w ten sposób
stracić, na zawsze może, środki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?..
Zniszczyć bezpowrotnie pomost złocisty, łączący go z nią jakby w
widzeniu proroczem?

Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie będzie...

Pieniądz ten potroi, majątek zrobi, fortunę - złotem przełamie,
zwalczy przeszkody wszelkie.

- Zrobić majątek, czyż to tak łatwo? - na dnie duszy gdzieś
zatajone zwątpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudzić pragnąc
przedwczesną radość.

Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mężczyzny.

- Tak, zaiste, prawda, to nie tak łatwo. Lecz z potęgą pieniędzy w
dłoni tak, czy też inaczej, do wszystkiego zawsze dojść łacniej w
życiu; - klucz złoty otwiera wszystkie bramy!..

I ostateczna, przełomowa walka odbywać się w tej chwili zdaje w duszy
mężczyzny. Na wysokiem czole naprężają mu się żyły, oczy
ciemnieją, a twarz bledszą się staje... Z nęcącą pokusą
zawładnięcia cudzem mieniem, po raz ostatni stają do boju wpojone w
młodocianych latach jeszcze zasady.

Powrotną falą z daleka cicho płyną i płyną coraz potężniejsze,
bliższe i zalewają stopniowo umysł młodzieńca. Szemrzą coraz
donośniej, silniej...

A z przypływem ich jednocześnie mięknąć poczyna coś w duchu
młodego mężczyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja się stopniowo.
Co myśli, z rysów twarzy odgadnąć jeszcze trudno, domyśleć się
jednak można, że poryw jakiś, szlachetniejszy od poprzednich,
czystszy, opanowywać go - w swoje posiadanie bierze.

Po chwili machinalnie ujmuje on w ręce porzucony na stoliku obok
pieniędzy pugilares i milcząc, zgarniać poczyna rozsypany stos
banknotów i rulonów monety.

Przy czynności zaś tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo
zamyślony młodzieniec odwraca niebawem w dłoni trzymany portfel, a
równocześnie spojrzenie jego pada na coś, czego nie zauważył dotąd
wcale.

W rogu pugilaresu, u góry, maleńka, dziewięciopałkowa rzuca mu się
w oczy korona hrabiowska; wdzięcznie granacikami oprawionemi w złoto
mieni się ona, szyderczo zda się patrzy... Na ten widok poprzedni
spokój i wyraz pierzchają nagle z rysów mężczyzny, i rzuca się w
tył gwałtownie.

Źrenice jego, zmatowane dotychczas cichem zamyśleniem, złowrogim
teraz błyszczą ogniem, a jednocześnie w duszy następuje momentalnie
przewrót nagły.

Znowu poczyna biegać po pokoju wzdłuż i wszerz...

I jak kępa drzew gdzieś w polu samotna, co ugina się pod gwałtownym
naporem wichru ku ziemi, zwyciężona, pokorna - tak duch młodzieńca,
miotany ponownie burzą myśli, kołysać i giąć się poczyna.

Gdy ujrzał on bowiem emblement ludzi utytułowanych, żywo stanęły mu
przed oczyma salony, których miesięcy temu parę był gościem i
sylwetki hrabiczów, kręcących się koło jego ukochanej.

Widzi ich jak na dłoni, wszystkich, niby na jawie!..

Widzi dumnego ojca pięknej dziewczyny, zazwyczaj traktującego go z
góry - dla nich, potomków starożytnych rodów, chociaż częstokroć
biednych - pełnym uprzejmości wyrafinowanej i uniżonej niemal
grzeczności. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie
obrażanym przez tychże arystokratów, lecz tak zręcznie, że na
pozór nieraz nie można zda się było winić ich, czynili to bowiem
oni, z tą subtelnością, oraz jubilerskiem jakby wykończeniem, jak
dotknąć potrafią tylko ludzie "bardzo dobrze wychowani."

I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec małej
izdebki, wzdryga się i wyrzuca szeptem:

- Jak to? te dwadzieścia parę tysięcy należy do jakiegoś hrabiego?
Zatem los ślepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w ręce część mienia
jednego z tych właśnie, którym tak często zazdrościłem bogactwa,
znaczenia i tytułów!..

I ja, wobec jednostki takiej, miałbym grać rolę szlachetnego,
zwracać mu to, co dlań może kropla w morzu tylko, fundusikiem,
przeznaczonym zapewne na hulanki nocne i zabawę?

- Ha-ha-ha!.. - rozlega się po pokoiku szyderczy, szatański prawie
śmiech mężczyzny, i odbija od ścian niemiłem dla ucha brzmieniem.

- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej
półgłosem, a krew w żyłach kipi mu nieustannie - wre niespokojna,
burzliwa.

I z duszy jego jednocześnie pierzchają bezpowrotnie, zda się, nikną,
jak ułuda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne
jeszcze, wahania pomiędzy prawami uczciwości i ich pogwałceniem.

Zwycięzka, jedyna, jedna rozgaszcza się tam nienawiść tylko do kasty
uprzywilejowanej i wyróżnianej w społeczeństwie. Wypielęgnowana
cierpieniem i biedą, wysubtelniona wykształceniem, a szczególniej
przestawaniem jeszcze za granicą w kołach różnych zapalonych głów,
o przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie
nadczułością nerwową w zbliżeniu się i czasowem powierzchownem
zżyciu z przedstawicielami tej sfery - buchała obecnie gorącym
płomieniem, wszystko sobą przewyższając i tłumiąc.

- Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszeptały znów cicho usta
mężczyzny - za moje cierpienia i biedę - za to, że ja nie mam takich
przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i złota -
mam życie całe w nędzy cierpieć, i to, gdy los sprawiedliwie bez
wątpienia, odbiera ci cząstkę mienia, przypadkiem, i mnie nią w
zamian obdarza?.. 0, nie, panie hrabio!.. Żydowi, cyganowi, wrogowi -
każdemu bym zwrócił może, lecz tobie - nigdy!..

Ostatnie słowa mieszkaniec poddasza wymówił w zapamiętaniu głośno
całkiem i z mocą jakąś dziwną. Twarz zaś jego dziko po prostu
wyglądała w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnętrznego ognia,
demonicznie piękna i straszną zarazem była ona, a zajadły płomień
szczerej nienawiści do tak zwanych powszechnie "arystokratów"
zajaśniał na niej pełnym blaskiem.

Odruchem nagłym zbliżył się do stołu i obie dłonie położył na
plikach banknotów i złocie. Czego nie zdołały stanowczo uczynić
okoliczności inne, sprawiła chęć dokuczenia w czemkolwiek wyżej
postawionej społecznej jednostce, jedna chwilka nienawiści i szału.

- Moje, moje!.. - wyszeptały usta mężczyzny zwycięzko, jakby z
mimowolną, ukrytą w sobie radości nutą, a echo słów tych,
urywanych, cichych, dziwną mocą rozbrzmiało w martwem milczeniu
facyatki.

Cisza nastała znowu.

Tylko w piersiach mieszkańca poddasza przelęknione jakby swym czynem
serce poczęło bić przyciszonym tętnem, a szelest ten miarowy, jak
zegaru wahadło, mierzyć się zdawało te chwile przełomową w duszy
człowieka, depczącego uczciwość prawą dla miłości, nienawiści i
złota!..

Nagle martwotę pokoju przerwało coś gwałtownie. Były to czyjeś
kroki silne, przyśpieszone, idące po schodach, a coraz wyraźniejsze,
bliższe... Niebawem rozległy się tuż za drzwiami, ucichły, i jakaś
ręka wstrząsnęła lekko klamką, w ślad zatem zaś rozległo się
trzykrotne pukanie.

Gdyby w kataklizmie niespodzianym runęła ziemia, zapadając się gdzie
w niezmierzone głębie wszechświata - mniejsze to chyba uczyniłoby
wrażenie na stojącym przed stołem mężczyźnie, niż chwila
obecna...

Nogi zadrżały mu, a bojaźliwa trwoga ścięła krew w żyłach, coś
zaś, niby gad obślizły, przemknęło po krzyżach i za kark chwyciło
despotycznie, zaparłszy dech w piersiach.

W półświatłach dogorywającego właśnie płomyka lampy twarz
pochylonego nad pieniędzmi młodzieńca nabrała strasznego, a zarazem
dojmująco trupio-bladego wyrazu, ręce zaś, jak kleszcze, wpiły się
w leżące pod niemi banknoty.

- Nie oddam was, nie zwrócę za nic w świecie! - mówić się zdawały
wyraźnie kurczowo zaciśnięte palce, drżące w zwojach papierów i
złocie.

Z ekranu izdebki, majaczącego coraz bledszymi cieniami, światło w tej
samej chwili znikło; zapanowała tu szarawa ciemność, a w ślad zatem
rozległo się powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami
zaś jednocześnie dały się słyszeć słowa, wyrzeczone głosem
męskim, dźwięcznym i młodym.

- Widać, że śpi, lub go nie ma...

- Ale to oryginalne - zauważył ktoś drugi, ciszej nieco. - Zaręczam
ci, iż przed chwilą paliła się wewnątrz pokoju lampa, przez szpary
u drzwi ślizgało się światło! - słowo!

- Ha, jeśli tak, to może Romanek ma u siebie jakąś dyskretną, a
wesołą wizytkę - snać z rozmysłem donośnie rozległ się głos
pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chodź, Hermanie!..

- Wesołej zabawy! - krzyknął ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy
się do drzwi, zapewne blizko, bo echo głosu jego wstrząsnęło
ścianami poddasza, poczem kroki przybyłych oddalać się zaczęły.

Westchnienie ulgi podniosło pierś mężczyzny.

Kilka kropel zimnego potu upadło mu na rozpostarte dłonie; zbudzony
tem jakby, odstąpił od stołu i rzucił się w wycieńczeniu na
kanapkę.

Poznał po głosie tych dwóch, dobijających się doń przed chwilą,
poczciwych studentów uniwersytetu - widział w wyobraźni swej teraz
niemal obok siebie wyraźne postacie ich, w wytartych mundurach i
spłowiałych od słót i słońca czapkach, pokrzywionych butach...
Biedni chłopcy!

Przypadkowo zaprzyjaźnił się z nimi, jak tylko przybył tu, do miasta
- oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastręczyli mu zarobkową
pracę...

Dawno już nie widział ich. Ba, parę razy nawet w epoce owego
kilkutygodniowego światowego szału, spotykając ich na ulicy, a
będąc w towarzystwie eleganckich karnawałowiczów, mimo woli
powstydził się ich i udał, że nie dostrzega. Nie pamiętali mu tego
- przyszli.

Mieszkaniec poddasza w zamyśleniu przesunął dłonią po jedwabistych
swych włosach.

- Gdybyż oni wiedzieli i czytać mogli w duszy jego?

Rumieniec palącego wstydu i upokorzenia zakwitł na twarzy
młodzieńca, a wyraz cierpienia i wewnętrznego bólu rylcem swym
żłobić mu począł rysy wyrazistego oblicza.

Długo jeszcze przesiedział tak w zadumie...

A gdy po niejakim czasie słońce zajrzało znów do poddasza, nie było
już złota na stole; schowane - znikło, młody zaś człowiek,
śmiertelnie znużony moralną walką, na wpół ubrany, cicho zdawał
się drzemać na łóżku.

Niebawem zasnął.....

I sen oto, przed wewnętrznym wzrokiem duszy młodzieńca, w tem
tajemniczem jej życiu marzeń i rojeń, snuć mu zaczął przedziwne
obrazy...

A więc najprzód zdało się śpiącemu, iż leci on w przestrzeń bez
końca, ciemną i mroczną, unoszony niewidzialną jakąś siłą...

Tuli w objęciach swych przytem jakąś powiewną kobiecą postać...
Podobną, choć nie identycznie i całkiem, jest ona do ukochanej
przezeń dziewczyny, a objąwszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi
ramiony, tak zawisła, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on zaś,
jak z kielicha pieniące się, musujące wino, pije nektar warg tych
wilgotnych, tonąc w pocałunku ciągłym, nieustannym, zda się -
wiecznym.

Upajający wreszcie jednak zawrót głowy i osłabienie omdlewające
jakieś i dziwne z wolna poczyna go ogarniać.

Za wiele, zanadto upajającej, oszałamiającej słodyczy dają mu już
te kobiece usta, jak pieczęć do warg jego bez końca przylgnięte.

Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko dokoła i sił swoich nie
czuje już prawie. Przymyka wiec powieki i leci znów tak samo dalej w
przestrzeń, niczego niepomny i nic zgoła w okrąg siebie nie widząc.

Trwa tak dość długo...

Wreszcie, wypocząwszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czując
już ani ciężaru zwisłej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu
jej tchnienia... otwiera oczy...

Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzchły; obecnie
znajduje się zupełnie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykają
jakiejś kamienistej płaszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej.
Promienie zachodzącego słońca złocą ją i krwawią swym
dogasającym, zamierającym blaskiem...

On zaś nieporuszony stoi i bezustannie patrzy.

Nagle promienie gasną... Mrok szary pokrywa płaszczem swym wszystko
dokoła, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptać i ruszać
się coś poczyna.

Z rumowisk i kamienistych szczelin podstępnie wypełzły oto jakieś
postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate -
rozpierzchają się po równinie, z przytłumionym szelestem. Nad
głowami ich lecą wielkie czarne złowróżbne ptaki, szumem swych
skrzydeł mącąc martwotę rozlanej wokoło pustki i ciszy.

On, nic zgoła nie pojmując, spogląda wciąż, przelękły,
zdziwiony... Po chwili dopiero zdaje się rozumieć...

To - posłuszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lecą tak
zapewne żerować na padół ziemski - wyrzuty sumienia!...

Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch pochłania
ich postacie - nikną.

On z ulgą oddycha i instynktownie postępuje parę kroków naprzód.

Nagle wyrywa mu się z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego głową
wisząc, chwieje się ptak czarnopióry, a zniżywszy lotu swego,
wkrótce siada mu na ramionach, niemiłosiernie wpiwszy w nie swe
szpony, równocześnie zaś w głowie uczuwa uderzenia miarowe.

To ptak ów straszny i wielki, niby dzięcioł w pień drzewa, stuka
jemu tak w czaszkę jednostajnie...

W ślad za tem jedna z pierzchających wokoło postaci zjawia się przed
nim blizko. Ubrana w łachmany, czarna i brudna, przyskakuje doń
obcesowo, drapieżna, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej palące żarem,
płomienne, dzikie źrenice, nachyla się bardziej jeszcze i plwać mu w
samą twarz poczyna.

Z ust jej, wykrzywionych, wstrętnych, leją się strumienie lawy
złotej i palą, bolą...

A jednocześnie tańczą oto w krąg, z szelestem widziane niedawno w
portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. Dwojąc się, trojąc
w oczach, przybierają one fantastyczne kształty, a niektóre,
przedzierzgnięte jakby w jakieś karły złowrogie, szponami drobnemi
rwą mu ciało bez litości. Inne znowu, z głowami wężów
obrzydliwych, sycząc, kąsają go zewsząd.

Napastowany, nieprzytomny, opędzając się rozpaczliwie, rękami,
nogami - ciągle, tarzając się nawet od jakiegoś czasu po
kamienistych zrębach - uciekać w końcu zaczyna równiną, jak
szalony. Potyka się co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czeredą
karłów i olbrzymików, o głowach, szyjach gadów, z błyszczącemi
żądłami ze złota.

Nad głową, z ramion przemocą spędzony, wisi wciąż ptak olbrzymi, a
postać główna, mglista, leci z nim wespół w mroczną dal...

Nagle, niewiadomo jak, skąd i kiedy zjawia się znowu poprzednia
kobieca postać.

Śpiący, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewysłowioną radość; a
ona, podawszy swą rączkę drobną, z uśmiechem zalotnym na ślicznie
wykrojonych usteczkach, towarzyszyć mu zaczyna.

Razem bezustannie biegną teraz po kamienistej równinie. Czarowna
towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mężczyźnie, i nie
widzi roju prześladowców jego.

Dziewczę to, czy kobieta, ubrana cała w bieli, zasypana kwieciem róż
i konwalii - cudna, lecz lekko, dotykając się zaledwie stopkami swemi
ostrych kamieni. Nad główką jej, jakby w przeciwieństwie ptakiem
czarnym, lecącym obok - chwieje się duży ptak biały...

Zjawisko śnieżnego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu,
wpatrzonemu uporczywie w swą towarzyszkę, zdaje się nagle, że pióra
u skrzydeł tych mlecznych z lekka szarzeć poczynają, stopniowo
ciemniejszą przybierając barwę...

Wytęża wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic wokoło, nawet
prześladujących go mar, rozpoznać nie jest w stanie.

Noc czarna, despotyczna, rozpinać właśnie poczyna nad płaszczyzna
ponurą swą oponę.

Naraz znika wszystko...

On równocześnie czuje, że leci w przepaść bez dna, treści, oraz w
chaos, z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o coś całem
ciałem.

Spogląda...

Przed nim obecnie wznosi się sfinks olbrzymi; o niego to w rozpędzie
uderzył się przed chwila. W jasnościach aureoli gorzeje fosforycznym
blaskiem, uśmiechając się zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na
tułowiu - obliczu, wszędzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka,
wiją się, ruszają miryady drobnych lilipucich postaci.

Jedne z nich rodzą się tu z uśmiechem na ustach i piskiem, innych do
grobu zanoszą; ci walczą, depczą po sobie, zabijają się, wzajem w
przepaście spychają - tamci w ramionach drugich piją miłości
rozkosze, a tam znów inni jeszcze głodne twarze i ręce wynędzniałe
wyciągają po datek, sąsiadując z blizka z takimi, co w bogactwie i
zbytkach nurzają się po uszy, lub grzęzną ciałem w rozpuście, jak
w błocie.

A środkiem - rozbite na tysiące strumieni, na kropel miliony
rozprysłe, płynie, faluje złoto...

I przed promienistymi jego potoki, jak przed świętością - korzy się
pokornie, służalczo, wszystko dokoła.

Czołem lilipucie biją przed nim miryady - to też ono nadaje owemu
sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu,
bezpodzielnie panuje.

Lecz oto nagle olbrzymia głowa sfinksa ujrzała snać nowego przybysza.

Usta jego, wyniosłe i dumne, rozchylają się szerzej, i miast
zwykłego uśmiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrząsa
przestrzeniami śmiech.

Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks śmieje się - śmieje szatańsko i
zwycięzko jakby - wyniośle - strasznie!...

............................................

Głuchy jęk wyrwał się z piersi uśpionego człowieka. Wstrząsnął
on murami pogrążonej w ciszy izdebki, krając zali serce swem echem
smutnem, cichł i gasł, zamierając powoli...

............................................

Obudził się śpiący.

Wylękłym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzył zaspany
wokoło siebie bezprzytomnie i niebawem przymknął na powrót
ociężałe powieki, obróciwszy się równocześnie do ściany.

W kilka zaś minut później, blada twarz mieszkańca facyatki,
spokojna, nieruchomo spoczywała na poduszce, pogrążona w twardem
uśpieniu. Dusza tym razem zdrzemnęła się w nim zapewne również,
oddech bowiem śpiącego miarowy rozlegał się już swobodnie całkiem
w samotnej, cichej izdebce.



CZĘŚĆ PIERWSZA.


Zdążając do poblizkiej Wenecyi, wpadł pociąg kuryerski w morze, i
hucząc, leciał, płynął niby po powierzchni fali. W przedziale
wagonu drugiej klasy było tylko dwoje ludzi. Kobieta młoda, ubrana w
strój lekki, dystyngowany, z szarego materyału, drzemała, czy spała,
wciśnięta w głąb, z główką opartą o poduszkę boczną -
mężczyzna zaś, siedzący naprzeciw, trzymał delikatnie w dłoniach
pozostawioną w uścisku jej rączkę drobną, i pochylony z lekka,
patrzył z miłością w znużone rysy i bladą twarzyczkę kobiety.

Od czasu do czasu wzrok jego odrywał się od oblicza towarzyszki,
biegł poprzez otwarte okno, ścigając, zda się, pogrążone w
ciemnościach bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tuż poza mknącym
pociągiem Adryatyku fale.

I wtedy, za każdym razem przesuwała się chmurka jakby po czole jego,
osiadał tam jakiś cień niepochwytny, a usta jednocześnie drgały
skrzywieniem goryczy, czy bólu pełnem.

Gdy jednak wzrok zniżał ponownie, to w zetknięciu się z obliczem
młodej kobiety, pogrążonem w cichem uśpieniu - oczy smutkiem
zamglone łagodniały mu prawie natychmiast, a choć pomimo woli i
bezustannie myśl rozpamiętywać się coś zdawała - z ust momentalnie
znikało zagięcie cierpienia i powoli przeistaczało się w uśmiech,
oraz zapatrzenie się w ukochane rysy.

Siedzący tak w zamyśleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia
towarzyszki - podróżny posiadał cechy zewnętrzne dość
interesujące.

Był to przede wszystkiem mężczyzna piękny bardzo; ciemny brunet, o
wytwornej powierzchowności i układzie, charakterystycznej owalnej
głowie i czole wypukłem, upiększonem łukiem brwi czarnych,
wąziutkich i regularnych, miał on pociągłą, śniadą twarz,
okoloną średniej wielkości brodą. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza
tego wyraźnie zdradzały przytem pochodzenie południowe, zarówno jak
i piękne, duże oczy, patrzące na świat gorąco, z rozmarzeniem
nieokreślonem, aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii.

Do drugiej ojczyzny swej poniekąd rzeczywiście dążył tak lat
trzydzieści zaledwie mający młody człowiek.

Noszący jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzierżymirski, był
synem nieżyjącego już, a dawniej bogatego bardzo i znanego w
szerokich kołach własnego kraju, Oskara Dzierżymirskiego, oraz żony
jego, rodem Włoszki, a byłej przed swoim ślubem śpiewaczki.

Pochodzenia pono wątpliwego bardzo, choć niezwykłej urody i wdzięku,
była ta matka Dzierżymirskiego Romana, będąca, jak mówili jedni,
dzieckiem miłości wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak
twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z mętów społecznych dzisiejszej
Romy, wychowanem i uposażonem przez tegoż przemysłowca włoskiego.

Po niej piękność odziedziczył syn, po ojcu zaś niewątpliwie tę
wytworność, która cechowała najmniejsze nawet poruszenie siedzącego
podróżnika, i postawę jakby pańską, mimo woli nieco wyniosłą.

Roman Dzierżymirski jechał właśnie z małżonką swą w podróż
poślubną, a raczej z kraju uciekał, ojciec bowiem śpiącej cicho
naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o ślicznych rysach, January
Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówił był jemu jej
ręki...

Lecz miłość namiętna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!

Roman zdobył swą żonę dzisiejszą, porwawszy ją za jej zgodą.
Ślub ich tajemny, w małej wioseczce, w zaciszu Karpat - odbył się
właśnie dwa dni temu...

Przyszło mu to wszystko z łatwością. Ola kochała go, ubóstwiała,
nic zgoła nie widząc poza nim, na stronę materyalna zaś i koszta,
wynikłe z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracać on uwagi nie
miał potrzeby.

W rodzinnem mieście wiadomem było powszechnie, iż rok, czy dwa lata
temu odziedziczył Roman Dzierżymirski fortunkę w kapitale, po dalekim
krewnym, osiadłym i zmarłym w Stanach Zjednoczonych.

Jechał zatem dziś młody i ostatni potomek dogasającej już w nim
rodziny Dzierżymirskich, ze skarbem swym, drogą sercu małżonką, do
Włoch, ojczyzny matczynej. Wzrok jego, błąkający się bezustannie
pomiędzy twarzą żony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony,
myślący, w dalszym ciągu wspominać się coś zdawał.

Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemrały wciąż cicho, w
dali zaś, na czarnem tle widnokręgu, stopniowo, coraz bliższe,
błyszczały już światełka Wenecyi.

- Oto tam - mówiły niejako marzące oczy mężczyzny - za godzin kilka
czekają mnie uśmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczęścia w
objęciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak
dawna, oczekuje na mnie raj własny ułudnego podziału wzajemnego
uczucia, w zupełnem oddaniu się niepokalanego niczem dotąd kwiatu -
niewinnego dziewczęcia...

Wzrok Romana z zachwytem spoczął na twarzy śpiącej kobiety.
Równocześnie pociąg, pozostawiwszy morze za sobą, wpadł w jakieś
gaje, brzęczące rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka
wpadała uporczywie w uszy podróżnego, a on, cały zasłuchany,
spojrzeniem swem znowu ogarnął ciemną przestrzeń poza oknem wagonu.

- Co, zagadkowa przyszłości, niesiesz mi w darze?.. Czy zapłacisz mi
za to, com przebył dotąd, przecierpiał, dla zdobycia drogiego
dzisiaj? Czy wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytać się zdawały czarnej
nocnej dali posmutniałe nagle chwilowo oczy mężczyzny.

I ponownie w kąciku warg jego pojawiło się bolesne, przelotne
zagięcie ust, a snać usiłując odpędzić myśl przykrą,
Dzierżymirski powstał ostrożnie, nie wypuszczając wciąż z dłoni
rączki uśpionej swej towarzyszki. Wychylił przez otwarte okno
głowę... Na tle ciemności połyskiwały już teraz rzęsiście
światła - pociąg wjeżdżał właśnie na stacyę. W sekundę, z
nagła szarpnięte, gwałtownie zatrzymały się wagony.

Dzierżymirski o mało nie upadł, straciwszy na razie równowagę, i
pociągnął za sobą rączkę żony, ściskającą jego dłoń lewą -
prawa zaś oparł się silnie o ramę okna.

- Ach!.. ach!.. - z trwogą, wyrwało się z ust młodej kobiety, i
otworzyła szeroko oczy, zdziwiona.

Szybko Roman pochylił się ku niej i przemówił miękko:

- Przepraszam cię, kochanie, przestraszyłaś się, prawda?.. Ale to
wina nie moja - wagony szarpnęły tak silnie...

- To ty... Romanie!.. - szepnęła kobieta i zarzuciwszy w ślad za tem,
z niewysłowionym wdziękiem, obie ręce na szyję mężczyzny,
przytuliła się doń czule, składając równocześnie pocałunek na
pięknem czole.

- Wysiądziemy, złotko, już Wenecya! - rzekł Roman, wysuwając się
delikatnie z objęć młodej żony uniósłszy ją w ramionach,
postawił na równe nogi.

- Nareszcie!... - wykrzyknęła Ola radośnie, oprzytomniawszy całkiem
na widok jaśniejącego dworca.

- We-ne-cya! - zabrzmiało donośnie pod samem oknem wagonu, gdzie
ukazała się kędzierzawa głowa i śmiejąca twarz konduktora.

- Statione Ve-ne-tia!.. - przeciągle, śpiewnie odpowiedział głosowi
pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zginął.

Pociąg, którym jechali Dzierżymirscy, zatrzymujac się tylko kilka
minut, jechal dalej wprost do Medyolanu - należało się śpieszyć...

Roman pobiegł do przeciwległego okna, otworzył gwałtownie drzwiczki
od wagonu, i począł wołać donośnie:

- Facchino!.. facchino!.. *)
[*) Po włosku tragarz.]

Za mężem zręcznie wyskoczyła z wagonu Ola Dzierżymirska. Niebawem
zjawił się pożądany tragarz i ruszono z bagażem do dworca. Tu
obstąpiono przyjezdnych.

Cały rój przeróżnych figur hałaśliwie ofiarowywać im począł
swoje usługi, rząd zaś służby hotelowej, w galonach, z ożywieniem
i gestykulacyą namawiał ich każdy z osobna do siebie. Gadatliwość
Włochów oszołomiła na razie Dzierżymirskich.

Po chwili dopiero Roman, znający kilka włoskich wyrazów, zdołał
się porozumieć i wybrawszy hotel, kazał się prowadzić do przystani.

Niebawem młoda para podróżnych sadowiła się już w wygodnej, na
czarno pomalowanej gondoli, obsługiwana z natarczywością przez
różnorodnych oberwańców i gapiów, stojących w pobliżu.

- Pysznie się siedzi! - zawyrokowała głośno Ola, wyciągnąwszy się
na miękkiem, czarną skórą obitem, siedzeniu.

Roman usiadł przy niej - gondola zakołysała się lekko...

Powoli odpychano już ją od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz
wyciągnęły się ku mającym odjeżdżać proszące dłonie z
kapeluszami, i chórem zabrzmiała prośba o datek. "Soldo, soldo!"
choć uniżenie, lecz z odcieniem lekkiej jakby groźby, rozlegało się
dokoła ustawicznie powtarzane na wszystkie tony.

- A to złodzieje!.. - mruknął Dzierżymirski; zmuszony jednak wyjąć
z kieszeni portmonetkę, rzucił tam i ówdzie z humorem drobne monety.

Gondola ruszyła już - płynęli...

Młodą kobietę zabawiła ta scena. Perlisty śmieszek jej, wesoły,
rozlegał się wokoło, gdy oto nagle, jakby czemś zmrożony, ucichł.
I Ola, objąwszy wzrokiem roztaczający się przed nią krajobraz,
ruchem wdzięcznym przytuliła się do męża.

- Jak tu czarno, Romanie, nieprawdaż? - szepnęła.

Dzierżymirski, milcząc, opiekuńczo objął ramieniem kibić żony i
przycisnął ją miękko do piersi, rozejrzawszy się zarazem.

Rzeczywiście, czarno tu było.

Wenecya już spała. Skłębione chmurami niebo odbijało się w mętnej
wodzie kanałów i powlekało je kirem ciemności, po którym tylko
błędnym ognikiem przeświecało, wiło się czerwone światełko
latarni, umieszczonej u spiczastego, zębatego końca gondoli.

Płynęli przez Canale Grande*).
[*) Po włosku : Kanał Wielki.]

Jak gdyby śniąc o swej dawnej potędze i chwale, wokoło nich
zadumane, ciche stały wyniośle rzędem weneckie pałace. W żadnem
oknie nie paliło się już światło, otulało je milczenie zupełne.

Gondola, kołysząc się z lekka, unosząc co chwila swe przednie i
tylne dzioby, płynęła spokojnie, z jednostajnym pluskiem wioseł i
szmerem rozstępującej się pod nią fali.

Przytuleni do siebie, dłuższą chwilę z ciekawością patrzyli
Dzierżymirscy wokoło. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypały się
rozliczne uwagi.

- Patrz, patrz, Romanie! - wołała ona co chwila, wskazując z
zajęciem na wznoszące się zewsząd budowle.

Dzierżymirski potakiwał żonie, objaśniał, i półgłosem prowadzona
swobodna pomiędzy jadącymi rozmowa zbudziła milczenie śniące -
rozniosła się echem wyraźnem po grodzie weneckim, o tej porze tak
bardzo cichym.

Tymczasem po obu stronach kanału kolejno przesuwały się, jak w
kalejdoskopie, cudne swą archaiczną strukturą pałace.

A więc, najpiękniejszy może z prywatnych siedzib Wenecyi, własność
książąt della Grazia, wychylał się z cieni "Palazzo
Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu początkowego odrodzenia; z nim
sąsiadował skromny, sięgający XV wieku, pałac "Erizzo" - dalej
zwracał znów uwagę inny, z pozłacanym niegdyś frontem, do dziś
dnia zwany "Ca Doro".

Opodal bardzo piękny wznosił się majestatycznie dzisiejszy lombard
miejski, pałac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem
miejscu, gdzie ujrzała świat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna
Cornaro.

Wkrótce, tuż poza dzisiejszą pocztą w Wenecyi, zajmującą
dawniejszy niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczył
olbrzymi most "Ponte di Rialto", w kształcie murowanego łuku
wzniesiony.

Wsunąwszy się pod jego arkady, gondola Dzierżymirskich cichutko
prześliznęła się tamtędy i skręciła wkrótce na lewo, w wązki
kanalik, stanowiący arteryę boczną "Canale Grando". Szeroka taśma
wielkiego kanału znikła wkrótce z oczu i jadąca barka,
zagłębiając się coraz bardziej w szyję wodnej uliczki, wymijać
poczęła coraz ciaśniejsze i węższe zaułki. Ściany domów
odrapane, ponure, szły, zdawało się, na płynących w gondoli, a
ścieśniając się coraz bardziej, pragnęły pochłonąć, gubić ją
niejako w swym labiryncie.

Ciemności nocne panowały tu jeszcze większe. Gdzieniegdzie tylko
lśniła zółtawo mdłym światłem latarnia - żywego ducha zaś
nigdzie dopatrzeć się nie można było.

Umilkła od paru minut Ola trwożnie przylgnęła główką do ramienia
Romana.

- Brr! straszno tu jakoś... - szepnęła.

- Nic, kochanie - odparł Dzierżymirski, musnąwszy pocałunkiem jej
włosy - zaraz dojeżdżamy.

Nieprawdaż, że już blizko? - zwrócił się do gondoliera łamanem
włoskiem narzeczem.

- Si, signore. - odparł żywo zapytany, a nudząc się znać, bo z
cudzoziemcem gawędzić nie mógł, zanucił półgłosem jakąś
smętną piosenkę.

Ubrany całkiem biało, wahadłowym ruchem przechylając się
bezustannie przy wiosłowaniu w prawo i lewo, na tle otaczających
ciemności, czynił on wrażenie fantastycznego zjawiska, głos zaś
jego monotonny błąkał się po kątach i odbijał dziwnem echem o
mury, oraz zakratowane okna w swym śnie zaklętych jakby domów. Roman
milczał.

Ujmując dłoń i tuląc miękko w objęciu Olę, wsłuchiwał się w
ten śpiew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawał wrażenia.
Zdawało mu się mianowicie, że on nie do cywilizowanego, dzisiejszego,
ale jakiegoś zbójeckiego z zamierzchłej przeszłości dojeżdża
grodu; że ucieka, kryje się tu ze swym porwanym, czy też skradzionym
łupem... Oto z ciemnych zaułków i kątów śpiącej Wenecyi wysuwają
się po prostu jakby wyraźne jakieś cienie, mary, czy odbicie dawnych
zbrodni, mordu i gwałtów, tak licznych w historyi krwawej tego
dziwnego miasta...

- A òel! *) - rozległ się nagle tuż za Dzierżymirskim krzykliwy
głos gondoliera, i łódź jednocześnie zboczyła w zaułek ciemny.
[*) Uwaga!]

- Sia-stali! *) - przeciągle odpowiedział ktoś z innej gondoli.
[*) Na prawo!]
Roman i Ola spojrzeli ciekawie.

W nadpływającej weneckiej barce siedział mężczyzna czarno ubrany, w
białym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu.

Gondola, otarłszy się prawie o napotkaną łódkę, prześliznęła
się cicho - znowu byli sami.

- Patrz, tam się świeci, co się stało?... - rzekła półgłosem
Ola, kręcąc główką i wskazując piętro jednego z domów.

Roman spojrzał.

- A, rzeczywiście - odparł - przecież choć jeden jakiś znak
życia...

Na brudną wodę kanału, porysowaną ścianę i kołyszący się
kadłub pustej gondoli, przywiązanej u stopni marmurowych wielkich
kutych drzwi, kładło się cieniem przyćmione czerwonawe światło,
idące z okna oświetlonej komnaty. Jednocześnie płynęły melodyjne,
ciche akordy fortepianu, wydobywane znać miękka kobiecą rączką.
Wtórował im nieśmiały brzęk mandoliny.

Rozpływając się powoli, w milczeniu, muzyczne tony łączyły się
zgodnie co parę minut ze śpiewem, męskim, silnym tenorem, i szły
ponad dachy, kanały, leciały daleko, drżące...

Poruszony muzyką i śpiewem, Dzierżymirski silniej przycisnął do
siebie Olę. Wsłuchani w melodyę miłosnej pieśni południa,
zbliżyli się oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie,
pochyliły się.

Pocałunek gorący złączył usta mężczyzny i kobiety; nie odrywając
warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, wśród deszczu spadających, jak
drobne krople rosy, dźwięków - przepłynęli Dzierżymirscy pod
oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi goniły ich, powodzią
zalewały jeszcze czas jakiś, aż umilkły.

Gondola w tej samej właśnie chwili wjechała na kanał ś-go Marka;
plac tejże nazwy, gdzie w całej pełni ogniskowało się jeszcze
życie miasta, zamigotał rzęsiście w oddali dziesiątkami
niebieskawych i żółtych świateł - przewoźnik oznajmił głośno
podróżnym, że są już na miejscu.

- Dojeżdżamy, Oluniu! - poinformował Roman i z uśmiechem wpatrzył
się namiętnie i czule w twarz swej towarzyszki.

W ciemnościach nawet nocy, widoczny rumieniec objął płomieniem twarz
kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spuściła przed palącem spojrzeniem
mężczyzny, które zapewne swym blaskiem mówiło coś nad wyraz
śmiałego.

W tej chwili właśnie przedni dziób gondoli stuknął o marmurowe
stopnie hotelowego balkonu, a w parę minut później Roman i Ola
znajdowali się już w obszernym, o marmurowych ścianach i posadzce
pokoju, rozbrzmiewającym w ciszy stłumionem, głuchem brzęczeniem
mustyków.

Odprawiwszy natarczywego sługę, proponującego im przysłać
natychmiast przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na
przechadzce placu San Marco, bazyliki i pałacu Dożów -Dzierżymirscy
wkrótce pozostali zupełnie sami.....



W Wenecyi wszędzie pogasły już światła. Noc zupełna, czarna,
zawisła chwilowo nad grodem. Nie trwało to jednak długo; stopniowo
chmury na niebie rozstępować się poczęły i rąbek księżyca
nieśmiało wychylił się z poza nich.

Zamigotał na wieżycach kościoła ś-go Marka, złotawym brązie
czterech rumaków, królujących na szczycie tej katedry - musnął swym
blaskiem ściany pałacu Dożów, a przeszedłszy się po jego galeryach
ponurych, zajrzał w zakratowane okna wiszącego mostu, łączącego
pałac z dawnem więzieniem, a znanego powszechnie pod nazwą "Mostu
Westchnień".

Wyjrzawszy zaś już odważniej nieco, trącił srebrzysty lśniącą
taflę laguny, zadrgał siecią światła na powierzchni wód, a
niebieskawą ścieżyną dotknąwszy się ich pieszczotliwie, otworzył
nagle perspektywę daleką, hen! aż ku Lido-na morze...

W niezamąconej niczem ciszy, starożytne zegary licznych kościelnych i
klasztornych wieżycach wybijać poczęły rytmicznie którąś
godzinę. Jedne z nich brzmiały basem, inne kwiliły wiolinem, lub
brzęczały melodyjnie, łącząc w sobie te dwa melodyjne klucze, a
bijąc w ten sposób, zdawały się mierzyć w milczeniu chwile
czyjegoś może szczęścia...

Niedyskretne, ciekawe, promienie księżyca zaszkliły się jasnem
światłem na taflach szyb hotelowych, dawnego pałacu Dandolo.
Zatrzymały zda się dłużej przy jednem oknie i pomknęły znowu
obojętne w dal...

A posągowo uśmiechnięte, wiecznie tak samo szerokie oblicze
księżyca nie zmieniło wcale wyrazu.

Bo cóż go zaiste, obchodzić mogło tych dwoje ludzi, którzy przybyli
aż tutaj po ułudę rozkoszy? Cóż znaczyły dlań dwa serca,
zrywające wspólnie kwiat miłości i zapomnienia?

On, filozof, wszak w swem życiu prawiecznem widział podobnych zdarzeń
aż nadto wiele; on znał nicość tych chwil, umiał na pamięć
kochanków zaklęcia i ich nieraz słomiane zapały, gasnące za życia
podmuchem - pod rzeczywistości bezlitosną ręką. Wiedział również,
że zapały te same, odegrzane częstokroć i ożyłe, kiedyś, w
przyszłości, obosiecznem cięciem ranić może będą tych samych
ludzi, skierowane do jednostek innych, zarówno łaknących uczucia i
użycia...

Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuliła się do twarzy księżyca i
przesłoniła go leciutko, kaskada zaś miesięcznych promieni,
zbladłszy, niepewnym, migotliwym blaskiem zalała uśpioną Wenecyę.

W tej samej chwili dwie jakieś postacie, zbliżone do siebie,
zamajaczyły poza taflą jednego z okien hotelowych, i dwie głowy,
dotykając się wzajemnie, zapatrzyły się we wdzięczny krajobraz
laguny i morza, zamglonych chwilowo półświatłem, oraz cieniami
księżyca.

I postawszy tak długą chwilę, jakby rozmarzone, znikły niebawem,
splecione w uścisku, niezdolne napawać się długo poza sobą niczem,
nawet pięknem przyrody...

W ślad prawie zatem nastała ciemność nieprzejrzana i zapanowała nad
miastem pamiątek.

---------


Zadumany i jakby tęskny tulił się zmierzch szary do ścian kamienic
wielkiego miasta, do witryn wspaniałych sklepów jego, pełzał u
podnóży pomników, ścierał kontury gmachów kościołów - wszystko
dokoła pogrążał w mroki i cienie.

W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziała na fotelu Melania,
marszałkowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli
Dzierżymirskiej, a dotychczasowa od dzieciństwa prawie opiekunka tej
ostatniej.

Przez otwarte okno, łącznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciskał
się tutaj wolno zmrok, a ściemniając się stopniowo coraz bardziej,
pocieszająco jakby wygładzać się starał zmarszczone wysokie czoło
wiekowej już matrony, łagodnie muskał jej siwe włosy, i zaglądając
jednocześnie nieśmiało w oczy rozumne, wyraźnie zdawał się
współczuć smutnemu jej zamyśleniu.

Na małym stoliku przed marszałkową leżał otwarty telegram. Opiewał
on zaś lakonicznie: "Przewidzenia słuszne. Ola już po ślubie z
Dzierżymirskim. Przyjeżdżam. Ładyżyński."

Już może pół godziny po przeczytaniu powyższej wiadomości,
nieruchomo w swym fotelu siedziała pani Melania.

Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknęła z domu swej ciotki,
by więcej nie wrócić - marszałkowa Warnicka z niepokoju postarzała
się była o lat co najmniej kilkanaście.

Początkowo nie mogła zrozumieć postępku swej siostrzenicy; tak
dobrze było jej u niej, może zatem powróci ona lada chwila -
niewątpliwie.

Musiała wyjechać z miasta na parę godzin, znaglona interesem
ważnym... mówiła sobie, perswadowała staruszka.

Nazajutrz jednak wieczorem, gdy żadnej o Oli nie było wieści, obawa
kochającej dziewczę ciotki wzrosła o nią do tego stopnia, iż
myślała, że zwaryuje. Dom cały był przerażony, latano, szukano
rozpaczliwie nieobecnej po mieście, na chybił trafił - wszędzie,
oczekując zarazem z trwogą wiszącej zda się w powietrzu katastrofy -
wiadomości jakiej strasznej, o nieszczęściu, lub nawet o śmierci.

Zbawcą pełnej niepokoju marszałkowej okazał się wówczas Emil
Ładyżyński, przyjaciel całego domu Gowartowskich, stary kawaler,
sprytny wyga wielkomiejski, a poza tem człowiek rozumny i bystry
bardzo. Zebrawszy naprędce wskazówek tu i ówdzie, wpadł od razu na
trop właściwy. Domysły jego były trafne.

- A ja powiadam pani marszałkowej, że panna Ola używa już miodowych
miesięcy! Młodość nie żartuje, gdy kocha... były to ostatnie
słowa jego i sprawdziły się, niestety...

Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony
konkurent, inaczej poradził sobie.

Marszałkowa w zadumie westchnęła cicho, ciężkie bowiem, zaiste,
czekały ją niebawem przejścia. Brat jej, January, którego, o niczem
jeszcze nie wiedząc, powiadomiła, wzywając go, natychmiast po
zniknięciu Oli, lada oto chwila nadjedzie...

Cóż ona, na Boga, powie ubóstwiającemu córkę ojcu, jak się
potrafi wytłumaczyć przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece
pozostawił on był, wyjeżdżając, jedyne swe dziecię...

Lecz czyż mogła przewidzieć podobne rozwiązanie sprawy?

Przenigdy!...

I marszałkowa Warnicka niżej jeszcze pochyliła na piersi głowę swą
siwą, a czoło jej poorały zmarszczki, znacząc jakby ślad
męczących ścigających się myśli.

- A ją, Olę, to dziecię, które wespół z bratem i ona kochała
całą siłą swej duszy, czyż tak znów dalece winić można było?...

Zapewne...

Nie porzuca się od razu wszystkiego, nie ucieka chyłkiem, choćby
nawet w ramiona ukochanego mężczyzny, gdy sprzeciwia się temu wola
rodzica, gdy...

Pani Melania przetarła czoło pomarszczoną dłonią. "Młodość nie
żartuje, gdy kocha!" zabrzmiały jej w uszach słowa Emila
Ładyżyńskiego. Miał słuszność...

I nagle, z początku nieokreślone, później coraz głośniejsze,
śmielsze, zakiełkowały w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czyż
doprawdy, Ola nieszczęśliwa tak bardzo była winna?... Miłość
oszołomiła ją, porwała, a reszty niewątpliwie dokonało wychowanie
młodej panny, kapryśnej pieszczotki ojca, ulubienicy również jej,
marszałkowej, zawsze dlań pobłażliwej i słabej.

I pani Melania znów zadawała sobie dalej w myśli pytania...

- Czy Ola posiadała w duszy swej to, coby ją od popełnionego kroku
wstrzymać mogło? Czy wpajano w nią te zasady młodych, takie na
przykład, jakiemi ją karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej
podobnych wyrosło?... Marszałkowa w zadumie spuściła nisko głowę.

- Nie, nie! - odpowiadało coś skrycie na dnie jej duszy.

Ola zasad takich nie miała, a z czyjejże to było winy?

Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz następnie i jej przecie,
zastępującą Oli odeszłą z tej ziemi matkę.

I z szarą godziną, coraz bardziej rozgaszczają się po buduarze - z
mrokiem, pełnym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradające się
do duszy marszałkowej wyrzuty potężniały, rosły... Samokrytyka zaś
własnego postępowania zgryźliwie szarpać poczęła jej mózg, coraz
to nowemi pytaniami ją zasypując:

- Czy starałaś się wniknąć do duszy młodego dziewczęcia, a potem,
zbadawszy ją, formować i ukształcać? - mówiła ona. - Czy wtedy -
pytała dalej - gdy po niewinnem dzieciństwie i młodocianych leciech
po raz pierwszy wstąpiła Ola, już jako dorosła panna, na śliską
arenę salonów i światowego życia, dałaś ty jej, prócz wskazówek
powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne, głębszej,
poważniejszej natury?...

A później - gdy rozbawiona, rozmarzona zabawą, flirtami i tańcem, z
pobudzonymi zmysłami i wyobraźnią, wracała ona do domu z
towarzyskich balów i zebrań - czy zastanowiliście się wy kiedyś, ty
i brat twój, January nad tem, co przechodziło tam przez ową młodą
główkę, co zapalało wyobraźnię jej i w bezsennych nocach może
marzeniem ułudnem na skrzydłach niezdrowych fantazyj nie pozwalało
zamknąć źrenic do snu cichego?...

Uczyniliście wy to wszystko? Zastąpiliścież dziewczęciu temu
matkę, wykonywując wspólnie ten nałożony na was obowiązek, z tą
konieczną drobiazgowością, z którą w istocie częstokroć nie
rachują się rodzicielki same?...

Oblicze zadumanej marszałkowej wyrażało teraz ciche cierpienie, żal
jakby i skruchę, w tym bowiem wewnętrznym, milczącym rachunku
sumienia coraz cięższe odczuwała winy po swojej i brata stronie.

A raz poruszone sumienie znów pytało dalej nielitościwie: - Czy
pochwyciłaś ty również te chwile, gdy do krysztalnej młodej dotąd
jeszcze duszy zapukała miłość, wkradła się tam, i rozkwitła
bujnie? Czuwałażeś razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki?
Rozumnem słowem, uwagą głęboką, kształciliścież je? hodowali,
strzegąc to serce, niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej?
Myśleliścież wy o tem, iż tam, zamiast skromnego, pięknego pączka,
o barwie łagodnej, może wzrość ukrycie i bezkształtną zajaśnieć
purpurą kwiat namiętności cichy, wszystko dokoła duszący swą
wonią?..

Czy uczyniliście wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya
wątpliwości wszelkich, szarpnęło pytanie ostatnie duszą
marszałkowej.

Przygnębiona oparła znużoną głowę o poduszkę staroświeckiego
mebla.

Odpowiedzieć nie mogła obroną na zarzuty, powstałe w jej myślach za
podszeptem sumienia - milczała zatem.

- Nie! - szyderczo odpowiedział z kolei rozum!... Wypieściliście
tylko ulubione swe dziecko, nie odmawialiście mu niczego -
osypywaliście wszystkiem, czego zapragnęło, znosząc nawet kaprysy,
zachcianki i urojenia; ustępując woli, którą rozumnie powinniście
byli kształcić; słuchając - a nie rozkazując!

- O, wy! wychowawcy młodego pokolenia, jakże daleko jesteście od
powinności swoich!.. zaśmiał się w końcu rozum z goryczą.

Marszałkowa Warnicka, nie ruszając się z miejsca, przymknęła
powieki, chwilę dłuższą w jednej i tej samej zostawszy pozycyi,
wreszcie wstała ociężale z miejsca swego i powoli zbliżyła się ku
oknu.

Zapalono już latarnie w mieście. Po szerokich - trotuarach
pierwszorzędnej ulicy snuły się tłumy. Pani Melania wpatrzyła się
w nie, a w jej myślach jednocześnie szumiało:

- Uderz się w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - boś winna, bardzo
winna!

Zamigotał, zabłysł snopem promieni i iskier miłości płomyk, i
dziewczyna wyciągnęła ku niemu pragnące ramiona, jak łódź bez
steru na morzu rozhukanem - dziewczyna, którą wychowałaś -
zdeptawszy uczucia drogich sobie osób, nie oglądając się nawet za
ich błogosławieństwem!

- Zbieracie, coście zasiali! - głos jakiś w uszach marszałkowej
rozbrzmiewał i rósł, pełen potęgi.

Nagle staruszka cofnęła się wstecz całem ciałem i drgnęła
nerwowo. W ciszy apartamentów rozległ się w tej chwili pokilkakroć
silnie dzwonek.

To był January Gowartowski. Marszałkowa przeczuciem już zgadywała
przybycie brata, a przetarłszy czoło ręką, z głębokiem
westchnieniem odstąpiła od okna.


W sąsiednim salonie, na odgłos dzwonka, zapalał właśnie mały
lokajczyk światło, w przedpokoju rozbierał się ktoś i rozmawiał ze
służącym.

Pani Melania, wsłuchawszy się pilnie, poznała głos brata. Wysiłkiem
woli rozpogodziwszy, jak umiała, oblicze, przestąpiła próg buduaru,
i weszła powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach
ukazał się przybyły.

Był to mężczyzna, lat koło sześćdziesięciu może, chudy, wysoki,
i pomimo wieku, trzymający się jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak
trzcina, o wyglądzie i układzie delikatnym, zręcznym i dystyngowanym.
Twarz January Gowartowski miał wygoloną starannie, głowę piękną, z
przyprószonym nieco włosem, a wąs sumiasty, biały, okalał mu wargi,
wygięte nieco dumnie - oblicze zaś jego, nacechowane jakby wyrazem
wyniosłości, nerwowe, zmienne, znamionowało człowieka, na. pierwszy
rzut oka, nader wrażliwego i uczuciowego może nad miarę.

Ujrzawszy siostrę, podbiegł ku niej szybko i złożył w milczeniu na
jej ręce pełen uszanowania pocałunek. Przytem spojrzenie
Gowartowskiego spoczęło na jej twarzy pytająco, i dopiero po
przelotnej chwili oczekiwania jakby, widząc marszałkową nieco
zmieszaną, odezwał się pierwszy:

- Odebrałem telegram twój, pani siostro, niepokój przygnał mię tu
natychmiast... Ola wyjechała podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko
jej co złego się nie stało? może ona chora, groźnie, broń Boże?..
Powiedz, Melanio, szczerą prawdę, mów prędzej, bo wytrzymać z
niepokoju nie mogę!.. - drżąco wymówił pan January słowa ostatnie,
z akcentem prośby, głosem pełnym obawy, i z troską na wyrazistej
twarzy czekał na odpowiedź.

Tymczasem zmieszanie marszałkowej rosło. Unikając spojrzenia brata,
rzekła:

- Ależ uspokój się, mój drogi, cóż znowu?.. Upewniam cię, iż Ola
najzdrowsza się czuje i że zgoła nic złego jej nie grozi...

Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodziła się i westchnienie ulgi
podniosło pierś jego, odczuł bowiem szczerość w słowach siostry.

Rzuciwszy opodal kapelusz i podróżna torebkę, usiadł wygodnie na
fotelu i spokojnym już zupełnie głosem zapytał:

- No, więc cóż, na Boga, stało się z Olą? wyjechała - dokąd?...

- Zmęczonym pewnie jesteś i głodnym - przerwała bratu Melania -
może kazać dać ci herbaty, przekąski?... - i mówiąc to,
przycisnęła guzik elektrycznego dzwonka.

- Ależ, ma chère, - żachnął się trochę niecierpliwie Gowartowski
- to wszystko zrobimy później, po cóż te ze mną ceremonie; co ci
się dzisiaj stało, taka nienaturalna jakaś jesteś? - zatrzymał się
pan January i spojrzał siostrze badawczo w oczy.

- Nakarmisz mnie potem - dorzucił po chwili, z uśmiechem - lecz
opowiedz mi najprzód, co się tutaj stało?...

Marszałkowa i na to nic zupełnie nie odpowiedziała, bo w tej
właśnie chwili na progu salonu ukazał się przywołany lokaj.
Wszystko, co dotąd czyniła, miało za cel zyskać tylko na czasie, po
prostu bowiem nie wiedziała, w jaki sposób podać bratu smutną i
wstrząsającą odpowiedź i w jakiej uczynić to formie. Zwróciła
się do służącego.

- Zapal lampę w buduarze, a gdyby kto tam przyszedł, to powiedz, żem
cierpiąca, i nie przyjmuję...

- Wszak prawda - z kolei pytająco na pozór skierowała się do brata -
i ty zapewne nie masz dziś ochoty widzieć gości?...

Za całą odpowiedź Gowartowski wzruszył z lekka ramionami,
jednocześnie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzał na siostrę, a z
twarzy jego pierzchła pogoda.

Coś poza kulisami działo się w tym domu niedobrego, czul to pan
January nerwami, więc czoło zasępiło mu się i brwi przelotnie
zmarszczyły. Powstał gorączkowo z siedzenia, nieobecny myślą,
szukający zagadki, nie rozumiejąc słów siostry, znajdującej się
już w oświetlonym buduarze i mówiącej coś do niego.

- Co mówisz? nie słyszę... - rzucił po chwili. - Może tu
przejdziesz, będzie nam wygodniej rozmawiać... - powtórzyła
głośniej tym razem marszałkowa.

Gowartowski posłusznie podszedł ku drzwiom i przestąpił próg
buduaru.

Zamknij drzwi za sobą, mój kochany, i siadaj, proszę cię! -
bezdźwięcznym głosem odezwała się pani Melania, sama zaś
skierowała się, by przymknąć drzwi do pokoju jeszcze jedne.

Pan January tymczasem usiadł i ze wzrastającym coraz bardziej
niepokojem śledził ruchy swej siostry. Teraz był już pewnym, że
czeka go coś niezwykłego, i złego, tak bowiem ostrożnej i dziwnie
postępującej siostry dawno już nie oglądał.

Marszałkowa zbliżała się właśnie ku niemu, a usadowiwszy się
obok, na kanapie, ujęła w obie dłonie ręce brata. Postanowiła w
myśli zaraz od razu przeciąć drażniące pęta wstępnej rozmowy,
rzekła zatem łagodnie i serdecznie, wpatrzywszy się rozumnemi i
dobremi oczami w twarz brata.

- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, że nie zanadto
zmartwisz się tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomość bardzo
smutną, co ci zakomunikować muszę - prawdziwie po męsku...

- Ależ dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-że mi nareszcie, o
co chodzi, bo siedzę, jak na rozżarzonych węglach, i po głowie
latają mi wprost niemożliwe przypuszczenia!.. Mów prędzej, błagam -
cóż z Olą się stało?.. - wybuchnął Gowartowski, ostatnie zaś
słowa jego drgały wymówką i prośbą.

Wyraz współczucia przemknął po twarzy matrony siwej, i objąwszy
rękami głowę brata, ucałowała ją czule.

- Ola... już po ślubie... - rzekła równocześnie szeptem.

Gowartowski, jak podrzucony, zerwał się z fotelu, i wzrokiem błędnym
na marszałkową spojrzał. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzyknął w
pierwszej chwili. - To być nie może!... - dorzucił i urwał...
Wpatrzywszy się bowiem uważniej w twarz siostry, poznał, iż ona
mówi prawdę, po chwili jęknął więc tylko cicho:

- Z kim?... i cały, zdawało się, zawisł na ustach pani Melanii...
Głos zadrżał marszałkowej, gdy, jak mogła najspokojniej, panując
nad własnem wzruszeniem, odpowiedziała wolno:

- Z Romanem Dzierżymirskim...

- Z Dzierżymirskim... z tym hołyszem... synem tej... tej Włoszki,
śpiewaczki!... - głos załamał się panu Januaremu, i schwycił się
on obiema rękami za głowę. - I bez... bez... - tu głos
Gowartowskiego przeszedł w chrypkę, snać wstrząsająca nowina
zatamowała mu dech w piersiach - bez mego... pozwolenia...
błogosławieństwa!... - wykrztusił; dokończył nareszcie, z bólem i
gniewem... Twarz przytem znękanego otrzymaną wiadomością ojca,
dotąd blada bardzo, zakwitła nagle ceglastym rumieńcem, nogi zaś
widocznie zachwiały się pod nim, gdyż ciężko, bezsilnie, upadł na
pobliski głęboki fotel.

Powtórnie, z macierzyńską iście troskliwością, objęła głowę
stroskanego brata marszałkowa Warnicka, jakby ta czuła pieszczota
siostrzana ukoić pragnęła, choć chwilowo, cios, przed chwilą
słowami przez nią zadany.

Lecz Gowartowski odtrącił ją prawie że brutalnie, niepomny niczego,
a chwyciwszy w dłoni rękę siostry, przemówił zapalczywie, urywanym
głosem.

- Jak to? I ty, Melanio, pozwoliłaś na to? ty, na opiece której, niby
matki rodzonej, zostawiłem moje dziecię? Ty dałaś zezwolenie, nie
zawiadomiwszy mnie o niczem?

I pan January ponownie z miejsca swego się zerwał, i wykrzyknął
wzburzony:

- Wiedząc, że temu młokosowi, awanturnikowi odmówiłem dawniej,
naumyślnie usypialiście czujność moją, by mnie podejść, oszukać,
i myśleliście może, iż ja to przyjmę post factum, "tak sobie!"

- Ależ zmiłuj się, uspokój ! - pospiesznie przerwała marszałkowa.
- Nic jeszcze nie wiesz dokładnie, a już obwiniasz innych na
chybił-trafił. Proszę cię, bardzo proszę, cierpliwości trochę,
spokoju, aż opowiem ci wszystko, - dodała błagalnie.

Pan January mimo woli ucichł i spojrzał pytająco na siostrę.

- Serce-ż ty moje, posłuchaj, a nie martw się tak okrutnie -
drżącym od wzruszenia głosem, ze współczuciem, przemówiła znowu
pani Melania, w nagłem rozczuleniu zatrącając przytem wyraźnie
rodzonym ukraińskim akcentem, od którego odzwyczaiła się była swą
ciągłą bytnością w mieście. - Posłuchaj, jak się rzecz miała -
zaczęła marszałkowa, i ciągnęła tak dalej : - Przede wszystkiem,
kiedy już tak boleśnie dotknąłeś mię przypuszczeniem, że byłam w
zmowie przeciwko tobie, wytłumaczyć się winnam... Tak nie było
wcale, jak sądzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o niczem zgoła
nie wiedziałam...

Jak to? - przerwał siostrze zdumiony Gowartowski.

- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupełnie nie wiedziałam -
powtórzyła marszałkowa, z widocznym żalem w głosie - a dlaczego?
Dlatego, że oni poradzili sobie bez nas... Roman porwał Olę i
natychmiast wyjechali razem za granicę.

I pani Melania umilkła, wszystko najgorsze już było bratu wiadomem.
Pod nowym ciosem pochyliła się głowa mężczyzny, i odbiło się na
niej jeszcze boleśniejsze cierpienie.

- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jakże zawiodłem się na, tobie! - z
ciężkiem westchnieniem wymknęło się z ust biednego ojca.

Marszałkowa spoglądała wzruszona na brata. Gniewu jego nie bała się
ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego lękała się dotąd najbardziej,
to tej rany właśnie, zadanej kochającemu sercu ojcowskiemu przez
córkę, depczącą przywiązanie do niej silne i bez upamiętania - dla
ułudnej fatamorgany zmysłowych rozkoszy, dla miłości kwiatów i
ponęt...

Pan January, z głową na piersi schyloną, milczał teraz, ukrywszy
twarz w dłonie. Ze wzrastającem coraz bardziej współczuciem
patrzyła wciąż pani Melania na brata i myślała:

- 0, dzieci, dzieci, pokolenia młode, jakże wy często i okrutnie
ranicie serca starych! Przywiązuje się ich jesień smutna do waszych
wiosen, pełnych wesela, a wy, jak te ptaki, szukające wciąż ciepła
i słońca, lekkomyślnie rzucacie te serca, tratujecie miłość,
zaparcia siebie pełną, a pogardzając dogasającemi, popielejącemi
iskrami - szukacie, garniecie się do ognia, do młodych!..

Przecież i dla mnie pieszczotka Ola była dotąd wszystkiem, lube
dziecię!

Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie biło słońce miłości
młodej, ptaszyna zerwała jedwabne pęta przywiązań domowych, bo w
mroki cichych, dotychczasowych jej uczuć, do serduszka dziewczęcego,
wdarł się promienisty blask potężniejszy, silniejszy! Zwykła kolej
rzeczy tego świata...

Chcąc przerwać milczenie, pełne dla obojga rozmyślań przykrych,
pani Melania poczęła mówić znowu przyciszonym głosem:

- Podziękujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, że ślubem skończyło
się to wszystko. Teraz z wolą Bożą pogodzić się należy, i z
przeznaczeniem, to trudno... - ciągnęła dalej, widząc, że na jej
słowa wyrwany z głębokiej zadumy brat podniósł głowę i słucha -
Nie uwierzysz, ile ja przecierpiałam, nim doniesiono mi o tem, że oni
gdzieś w pobliżu austryackiej granicy, w jakiejś tam wioszczynie
ślub wzięli.

- Zkądże masz tę wiadomość? - złamanym i cichym głosem spytał
Gowartowski.

- Marszałkowa ze smutkiem spojrzała na brata. Serce zabolało ją,
jakże bowiem innym, odmiennym całkiem, stał się on nagle teraz, po
odebraniu wiadomości, tak dlań wszechstronnie bolesnej. Powoli,
miękko, opowiadać mu ona poczęła stopniowo wszystko.

A więc, o ucieczce Oli, o własnych cierpieniach, o tem, że z tak
licznych znajomych prawdy nie domyśla się dotąd nikt jeszcze, o
Ładyżyńskim...

Pan January, przybity, słuchał teraz słów siostry pokornie, jak
dziecko, nie odzywał się już wcale, trudno zaś było zaręczyć, czy
w myślach bezustannie zatopiony - słyszał.

Skończywszy swą opowieść, marszałkowa rzekła:

- Bóg mi świadkiem, iż nic winną nie jestem... Po wyjeździe twoim i
odmowie, którą dałeś Dzierżymirskiemu, gdy oświadczył się o Olę
przed paru tygodniami, nie przyjmowałam go wcale. Gdzie widywał się z
Olą, jak i kiedy ułożyli ze sobą wszystko? Dotychczas żadnego o tem
nie mam pojęcia. Cóż robić - wola Boska!..

Gdy marszałkowa wymawiała te ostatnie wyrazy, instynktownie
przysunęła się do brata, chcąc pocieszyć go zapewne, lecz w tej
samej chwili spojrzenie jej padło na drzwi od salonu, i drgnęła
nerwowo. Zdało jej się, że ktoś dotyka właśnie klamki...

Rzeczywiście, w sekundę później rozległo się trzykrotne pukanie, w
ślad za tem zaś służący zawiadomił, że podano kolacyę i
herbatę.

- Czy masz ochotę jeść teraz? - spytała łagodnie brata pani
Melania.

Pan January, machnąwszy poprzednio ręką, zrobił głową ruch
negatywy, pełny obojętności i zniechęcenia.

Marszałkowa westchnęła cicho.

-Będziemy jedli później! - rzuciła głośno.

Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schylił się i
spojrzał przez dziurkę od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony
przyciszoną rozmową, której wątka schwycić nie mógł, postawszy
chwilę, oddalił się na palcach by zakomunikować wiadomość tę
pozostałej służbie.

Z dobrą godzinę, a może i więcej jeszcze, minęło nim roztworzyły
się owe drzwi buduaru, i wyszło z niego rodzeństwo. Jakież jednak
było zdumienie domowników, gdy zamiast spożyć wieczerzę, oboje
rozeszli się do swoich komnat, nie tknąwszy jej wcale.

I późno potem w apartamentach marszałkowej Warnickiej paliły się
dwa światła.

Długo, bardzo długo, na klęczkach przed zapaloną lampką i
wizerunkiem Matki Bożej modliła się gorąco polska matrona, zanosząc
prośby do nieba. Ukrywszy głowę w dłonie, rozmyślała ona o
ulubienicy swej, Oli, modliła się za nią, za brata wreszcie, by mu
los przyszłość osłodził. W końcu światło u niej zgasło.
Zmęczona wrażeniami ciężkich trzech dni ostatnich, staruszka
zasnęła twardo, pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitwą...

Inaczej się działo w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie,
zmęczony jednostajną po pokoju wędrówką, zgasił lampę,
ułożywszy się do snu.

Lecz sen - ukoiciel daleko odleciał od znękanego starca.

Przez wielkie okno wkradało się półświatło usianej gwiazdami nocy
letniej, sennej i cichej; mrugające na niebie gwiazdy zaglądały do
wnętrza - komnaty, położonej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a
zawisłszy nad łożem, wpatrywały się błyszczące, pytań
niedyskretnych pełne, w pobladłe lica bolejącego tu człowieka.

0! jakże noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna była inną dla
zapomnianego ojca, a jak inna, choć ta sama, rozpięta na włoskiem
niebie, dla dwojga młodych w Wenecyi!...

Tam, w upojeniu, w miłosnej ekstazie, dwie dusze, dwa młode istnienia
zlewały się w jedno!... Na zegarach ich przeznaczeń teraz właśnie
biła może zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska ułudna
szczęścia godzina...

A tu?...

Z cierpieniem i bólem sam na sam borykał się starzec, tłumiąc łzy,
cisnące mu się gwałtem do oczu...

Bo czyż, zaiste, to dziecię własne, drogie, nie sponiewierało go
bezlitośnie? Czyż za tyle lat ojcowskich trudów, miłości i zaparcia
się siebie, on, rodzic kochający, jak rzadko który może, zasłużył
tego ostatecznego, pogardliwego zdeptania?

Więc on wobec córki własnej nic nie znaczył? Błogosławieństwo
jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam zaś, jego własne "ja,"
którego odzwierciedlenie niezatartem, zdawało mu się piętnem, odbite
było na duszy Oli, także okazało się tak słabem tylko? 0! do
jakiego stopnia słabem nawet, kiedy nie potrafiło oprzeć się nowemu
uczuciu - intruzowi!...

Uśmiech gorzki, boleści pełny, przemknął się po ustach
Gowartowskiego.

- Więc nic trwałego na tym padole! - myślał - wszystko
marnością... rozwiewającym puchem!... Więc drogie kamienie, perły
uczucia, powstałe w ojcowskiej duszy z tysiącznych życia
szczegółów, cicho wyrosłe tam kwiaty trwałego rodzicielskiego
przywiązania, z góry już skazane być muszą niemiłosiernie, by
zwiędnąć zapoznane...

Ach, jakże on, naiwny, dalekim był myślą od tego! Jakiemże przykrem
rozczarowaniem była dlań ta naga rzeczywistość, brutalna, bez
zasłon, choćby konwencyonalnych tylko!

Gowartowski ścisnął głowę rękami, zdawało mu się bowiem, iż ona
pęknie od myśli, cisnących się, jak nieproszone tłumy... Subtelny
umysł jego giął się pod ich naporem, szumiał, niby rój
brzęczących, dokuczliwych owadów.

Nagle, jakby dziwnym wpływem reakcyi, w głowie leżącego zapanowała
próżnia...

Gowartowski na małą sekundę tylko przestał myśleć...

I natychmiast zręcznie z chwili tej skorzystała samowiedza.

- Przypomnij sobie własną przeszłość - szepnęła - bądź
wyrozumiałym!... Poszukaj dobrze, a niewątpliwie znajdziesz tam
moment, analogiczny z chwilą obecną!...

Wszak młodość ma swoje silne prawa, każdy w tym czasie korzysta z
nich, a starość, ubrana w pożółkłe, lecące liście jesieni
życia, swą głowę srebrną pochylić zawsze musi przed jej
oślepiającym blaskiem, pomna, że i ona kiedyś taka sama była.

I pan January wysiłkiem woli uprzytomnił sobie nagle minione lata
swoje, wpatrzył się w nie na chwilę...

- Nie, nie!... - wołać poczęło we wzburzeniu całe jego jestestwo.

Tego, co go dzisiaj spotykało, nie było tam zgoła. On szanował
sędziwy wiek, przywiązania starych nie tratował; choć kochał i
szalał, jednak zawsze godził jedno z drugiem.

Tu zaś obecnie działo się zupełnie co innego. I Gowartowski w tej
samej chwili odwrócił się do ściany, a przymknąwszy machinalnie
powieki, i jakby chroniąc słuch od jakichś odgłosów, jak dziecię
wcisnął w poduszki głowę swą siwą. Bo nagle zdało mu się
wyraźnie, że czyn Oli przyoblekł się w słowa i w pustych, cichych
ścianach pokoju krzyczy wielkim głosem:

- Idź w kąt, stary niedołęgo! Czyż ja potrzebuję ciebie się
pytać? Ja chcę żyć, kochać! Pragnę za męża mężczyzny drogiego
sercu, a tu ty myślisz mi przeszkodzić?...

W ciszy pokoju, w uśpieniu letniej nocy, rozległo się bolesne,
stłumione łkanie - starzec płakał...

Dawno niezmoczone łzą sędziwe męskie powieki, zaszkliły się rosą
- stroskanego ojca uniósł ból począł rozsadzać piersi.

A jednocześnie przywidziało mu się, jakby w halucynacyi nagłej, że
oto skądsiś nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny
rydwan złocisty... Przytuleni, zrośli jakoby ze sobą, siedzą na nim
Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widząc nic dokoła.

Rydwan zaś wspaniały zbliża się coraz bardziej...

Ciągną go ogniste piękne rumaki białe, a po jego stopniach, ozdobach
i kobiercach, wszędzie sypią się kwiaty; zasypują go,
pochłaniają...

Muzyka wesoła, skoczna, zagłusza tymczasem tętent koni - nad
zakochaną parą młodych roje cherubów unoszą się w górze,
skrzydełka ich szumią radośnie, a czarowna miłość toruje im
drogę!...

I Gowartowskiemu zdaje się równocześnie, że pojazd ten wprost na
niego wpada.

Tak jest, wyraźnie, wyraźnie!...

Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijańskie uderzenia kopyt
końskich...

Ach!...

To koła rydwanu przemknęły po nim zwycięsko!...

Zaszumiało... Posypały się znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka
głośniej zabrzmiała.

Minęła chwila...

Ucichło wszystko, znikło i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim
zadrżał miłośnie pocałunku szmer...

Pojechali.

Zimny pot zaperlił się na czole Gowartowskiego. - Przez myśl
przemknęło mu słowo: Waryuję?...

Lecz niebawem znowu powróciła myśl zbłąkana.

I cierpienie natychmiast ukłuciami drobnemi ranić go ponownie
zaczęło.

Powtórnie, umilkłe na drobną chwilę, jak przypływ morza,
niepowstrzymany, powrotny, rozległo się w cichym spokoju komnaty
zduszone łkanie...

Szerokiem korytem rozlewała się boleść upokorzonego, zranionego
ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho płynęła eterami, w
dal...

Na dworze ściemniło się tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie
pojawiły się małe chmurki, przesłoniły zaglądające ciekawie do
pokoju gwiazdy...

Cienie rozkładały się obecnie w sypialni, a z nimi powoli,
zmęczeniem snać zwyciężane i wyczerpaniem, milkło bolesne łkanie
starca, przechodząc stopniowo w płacz cichy. Cóż stało się powodem
tego ukojenia, działającego łagodnie, jak balsam, na znękaną
cierpieniami duszę stroskanego ojca?

Może to było przywidzeniem tylko, jednak w majaczących, coraz więcej
zasiedlających pokój półcieniach, na ich tle widoczna zarysowała
się niewyraźna jakaś postać, nachylona ze współczuciem...

Któż to był tak niepochwytny, z eterów zaledwie złożony cały?
Mara, czy złudzenie?

Jednocześnie jakiś dziwny szelest jakby rozległ się również po
pokoju... Z przytłumionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce
spadało coś w pewnych od siebie odstępach, za spadnięciem zaś
każdej kropli rozlegał się w cichej komnacie jakiś pełny,
oddzielny, harmonijny ton stłumiony - grała jednolita, oderwana,
melodyjna nuta.

Cichła - i znów to samo czyniła druga, trzecia, czwarta...

Cóż to było na Boga? Czary, czy też tylko igraszka cieni i
słuchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywołany ze sfer
niebieskich prawdziwem cierpieniem, spłynął był Anioł pocieszenia,
a siadłszy cicho przy łożu szarpiącego się z hydrą bólu starca,
niósł mu ukojenie - od Boga!...

Ściany pokoju tymczasem coraz ciszej grały swą muzykę dziwną...

To ostatnie, do czary konchowej w dłoniach Pocieszyciela, zmieniając
się tam w piękne drogocenne perły, spadały z oczu człowieka-ojca -
łzy...




------------


Nad lekko zmarszczoną, a mieniącą się jeszcze w zielonkawe blaski
powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokręgu, łagodniała
coraz bardziej czerwona wstęga zachodu, aż znikła, spełzła
zupełnie, wyparta mrokiem idącego wieczoru.

W zakładzie kąpielowym, na Lido, zapóźnieni, w rozmaitych kostyumach
goście, powoli, stopniowo, zdążali do kabin swych, aż objęta palami
i sznurem ogromna przestrzeń morza, przeznaczona na kąpiel, zupełnie
opustoszała niebawem.

Natomiast na werandzie pośrodku zakładu, na rubieży kąpieli,
zaroiło się od gości, spragnionych wypoczynku.

Odcinając się od innych wysoką, smukłą swą postawą i dystynkcyą,
zmierzający do wolnego miejsca tuż pod balustradą, nad morzem,
przeciskał się pomiędzy licznymi zajętymi już stolikami, Roman
Dzierżymirski, w ubraniu całem białem, licującem bardzo korzystnie z
piękną śniadą twarzą jego i czarnym zarostem. Znalazłszy w korku
wolne miejsce, usiadł i kazał podać sobie napój odświeżający, a
zdjąwszy zarazem biały kapelusz - z tegoż materyału, co odzienie
zrobiony - spojrzał wokoło...

Przytłumionym szmerem rozmów, prowadzonych w przeróżnych językach,
brzęczał w jego uszach, jak rój owadów, zebrany tłum; na pięknego,
a samotnego cudzoziemca spoglądało ciekawie i zalotnie kilka
siedzących opodal, przystojnych Włoszek o grubych zmysłowych wargach
i dużych, błyszczących, czarnych, jak węgiel, oczach.

Dzierżymirski przetarł czoło ręką, i popatrzył z kolei przed
siebie. Otulone już mgłami zmierzchu morze marzyło jakby zadumane.
Przyciszonym łoskotem uderzało o brzeg falą, mówiło coś,
szeptało...

Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejącej jego fali ścigały się
teraz mroki, jakieś cienie tajemniczo pływały po niem, gwarzyły ze
sobą gdzieś w oddali, a tłumione ich głosy niósł echem łagodny
szmer fali...

Tęsknym wzrokiem wpatrzył się Dzierżymirski w bezmiar wód
Adryatyku, zdało mu się bowiem, że wśród tych otaczających go,
obcych ludzi, ono jedno brata się z nim obecnie, i przyjacielskiem
uchem myśli jego słucha.

A Roman całkiem swobodnie poddać się im mógł po raz pierwszy od
bardzo dawna; nie oczekiwał bowiem na nikogo, był sam zupełnie;
żonę, cierpiącą na migrenę, pozostawił w hotelu na własne jej
żądanie.

Dotąd zaś po prostu nie miał czasu pomyśleć, wniknąć w siebie.

Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijało dwa tygodnie, a w całym
tym okresie, upojony haszyszem miłości dzielonej, przykuty do Oli
złotymi łańcuchy uczucia, wprzągnięty w oszałamiające, ułudne
jarzmo chwil miodowych - śnił on, spał, żyjąc życiem nie
rzeczywistem, ale jakiemś innem, oderwanem, lśniącem się li tylko
jasnością, promieniami i blaskiem.

Prócz tego, jednocześnie doznawał on i wrażeń innych,
subtelniejszych. Były zaś niemi: po pierwsze, wrażenia czysto
zewnętrzne, a więc ciągłe, bezustanne pobudzenie poczucia piękna,
wyzwane zetknięciem się z sztuką tego zakątka pamiątek Italii; -
wewnętrzne, a tym razem również w ścisłej pozostające łączności
z osią wszystkiego dlań teraz - z Olą.

Dzierżymirski z licznych dotąd miłostek obeznany był dobrze z
kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwał to, co dziś...

Bo dotąd tak zwykle zdarzało się zazwyczaj; że on był w miłości
zawsze prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejszą
była - poddawała się tylko sile jego uczucia.

Teraz zaś działo się wręcz przeciwnie: to on czuł się więcej
pragnionym i kochanym - to on poddawał się sile szałów,
pożądań...

Po stronie kobiety była widoczna przewaga, Roman zaś nurzał się w
tej czystej toni niepokalanego dotąd niczem uczucia, jak w źródle
świeżem, krynicznem nowego złotego życia, odmładzał się w niem,
orzeźwiał, i upojony, odurzony - zasypiał życie, marzył i śnił,
wchłaniając w siebie całą moc i potęgę skierowanej ku niemu
miłości.

A jednak, wszak i on kochał Olę: Któż by wątpił o tem, gdyby tylko
mógł spojrzeć na ukrytą, starannie od ludzkiego oka, a zapisaną
kartę jego tak niedawnej jeszcze przeszłości.

W tej chwili Roman, przeżywając jakby w myślach swych, poza
teraźniejszością i lata minione, wzdrygnął się, brwi zmarszczył,
i machinalnie spojrzał przed siebie.

Zupełnie spowił już morze mrok ciemny. Hen, daleko, błyszczały
światła, pozapalane na niewidzialnych prawie gołem okiem parowcach.
Trzy z nich mrugały już na kołyszącym się wodnym obszarze, po
chwili zabłysło czwarte, piąte...

Lekki wietrzyk wionął po fali, poruszył się zadumany wód olbrzym,
zakołysał, zaszumiał tajemniczo głośniejszym, niż dotąd, chórem
podszeptów, szelestów i szmerów - melodyjnie zagrał...

U stóp Romana silniej zapluskały fale.

W uderzeniach zaś ich, teraz już zupełnie bliskich, wyraźnych,
powtarzających się co chwila, jakiś ukryty, szyderczy, szemrzący
jakby głos wołał, zda się, gdzieś z głębin dalekich:

- No, i cóż, przywłaszczycielu cudzego złota, dobrze ci z niem, co,
nieprawdaż? Ubóstwiają cię, grasz rolę milionera!

Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei zaśmiały się nagle wody.

- Myślisz może, że teraz, dotykając się już pieniędzy innych,
wytłumaczonym przez to jesteś? Że zapomniano, zagrzebano twą
tajemnicę?

- Ha-ha!-ha-ha!.. - śmiało się morze ironicznie, i dalej znowu
szydziło:

- A widzisz - zbladłeś! Ty dotychczas pewnym byłeś, że nikt nic nie
wie o tem!..

- A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo zaśmiało się morze, a
śmiech ten wód ogromy coraz głośniej przedrzeźniać poczęły.

Teraz już całe morze bezlitośnie drwiło.

Naraz głos Adryatyku ustał i cichym szeptem zaszemrała fala:

- Nie bój się! ja żartuję tylko... nie trwóż się, ja cię nie
zdradzę...

- Patrz, jakie głębie kryją się w mem łonie jak wielkiem jestem
ja!..

- Tajemnicę twą zachowam, zginie ona w obszarach, w bezdnach utonie...

- Nie powiem, ci... cho będę... ci... cho... - zaszeptała znów fala,
i szept ten powtórzyły fal miliony...

I jak śmiech szyderczy, tak i teraz ten półszept cichy, stłumiony,
drżący, szedł znowu po łuskach fal, tajemniczy, straszny...

Nie... po... wiem!.. ci-cho będę, ccci-cho...

Nerwy Romana zadrgały; podrażniły go te dziwne głosy Adryatyku,
odsunął krzesło na drugi koniec stolika, podparł rękami głowę, a
zatkawszy uszy przed pomrukiem wód, wzburzony jeszcze, blady, zadumał
się głęboko.

Przeszłość, wywołana chwilą samotności, i dziwnymi morza pogwary,
świeża i żywa, niby wczorajsza, stanęła mu przed oczyma, jak widmo.

Na ubogiem poddaszu, ujrzał zatem siebie budzącym się po śnie
strasznym!

Dwa już lata od tej chwili mijały. A co on od owego czasu
przecierpiał, przeżył, przewalczył! - nie zliczyć!..

Długo nie tknął wówczas cudzych pieniędzy; tajemniczy portfel
leżał pod kluczem, pozornie zapomniany.

A on ciągle walczył ze sobą!..

Nie zanosił jednak zguby do biura policyjnego, sam osobiście
właściciela nie szukał. Czekał...

Pod tym względem niepokojąca, tłocząca swą zagadką, głucha
panowała cisza.

W żadnem piśmie nie było wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o
tem władzom nie doniósł...

A on wciąż szalał.

Wreszcie wyczerpały się wszystkie jego własne fundusze, parę
ostatnich lekcyi stracił bezpowrotnie; głód zajrzał do jego
izdebki... Nie było rady, napoczął wówczas cudzego złota.

Jakby to było wczoraj, dziś zaledwie, pamięta wyraźnie te tygodnie
męczarni, bojaźni, wyrzutów, gdy siłą okoliczności zmuszonym
został "żyć" z mienia przywłaszczonego... Pamięta swą trwogę
dziecinną przy zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieniędzy, i
innych, następnych... Widzi siebie, jak naumyślnie zmieniał je na
drugim końcu miasta, jak bał się wtedy własnego cienia, i tak dalej,
tak dalej!..

Każda drobnostka żywo, jawnie staje mu przed wzrokiem.

A później znowu w murach rodzinnego miasta wytrzymać już nie
mógł!..

Wyjechał. Błąkał się za granicą długo, bezmyślnie, aż dotarł
do Monte-Carlo.

Tam, opanowany gorączką złota, widząc, jak strumienie jego, rzeki
całe, płyną hojnie wokoło - do gry w ruletę rzucił się z
zapałem.

Początkowo miał szczęście szalone. Cudzy pieniądz dwoił się,
troił cudownie, pewnego poranku jednak przegrał wszystko co do grosza.
Nie stracił jednak odwagi. Dawszy się już poznać w domu gry, jako
człowiek bogaty i nierachujący się wcale z groszem, oraz
rozpowszechniwszy fałszywą pogłoskę o olbrzymich swych jakoby
dobrach, pożyczył u poznanego amerykańskiego miliardera trzykroć sto
tysięcy franków.

Poręczył za niego pewien lord angielski, z którym się on, Roman,
poprzyjaźnił bardzo. Począł grać... Pieniądze Amerykanina,
(który, mówiąc nawiasem, wygrywał w tym sezonie sumy olbrzymie),
przyniosły mu szczęście.

Dzięki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej długości
seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrzał
się panem miliona franków. Uśmiech fortuny oszołomił go na razie.
Począł grać ze zdwojoną energią i ryzykiem.

Znowu wygrał kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem począł znowu
przegrywać, z przerażającą szybkością. Opamiętał się. Przyszła
chwila rozwagi; oddał dług milionerowi zza oceanu i wyjechał.
Względnie był jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywoził z sobą
do kraju blizko sześćdziesiąt tysięcy, a wyjeżdżając miał tylko
dwadzieścia kilka.

Wówczas rozpoczęło się dlań nowe życie...

Przede wszystkiem wracał spokojny. Niezrozumiały na razie, subtelny
bardzo, posiadający jednak pewną podstawę ściśle logiczną,
owładnął nim wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciężył.

Roman Dzierżymirski, cały pogrążony w swych wspomnieniach,
odsłonił twarz, machinalnie powstał, i oparłszy się o balustradę,
wpatrzył w bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy.

- Tak, zwyciężył! - myślał Roman dalej. Zdawało mu się bowiem
wówczas, że nie jest tak bardzo winnym.

- Te pieniądze są teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedział sobie
wtedy, doszedłszy do tej pewności całem poprzedniem skojarzeniem
wywodzeń. A mianowicie: Złoto znalezione wszak przegrał; stopiło
się ono, znikło, zlało w całość jedną z morzem przegrywanych w
jaskini gry pieniędzy. Mienie zaś jego obecne - to była tylko wygrana
z pożyczki Amerykanina, a zatem suma grosza, niemająca już
bezpośredniego, dotykalnego związku ze znalezionym portfelem.

Jemu, Dzierżymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzutów, dociekań,
zwątpień, ubywał jeden szkopuł poważny - nie dotykał się on już
wyjętego z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem
należał do niego ten pieniądz, ślepą igraszką losu nabyty;
podwaliną zaś, przeszłością tylko fortunki tej było
przywłaszczenie.

Pozostawał fakt, wprawdzie już daleki, znalezienia i nieoddania -
pozostawało niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwości ze
strony jego, jako jednostki społecznej - niczem niestarta, wieczna tego
plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko
znośniejszem, nie tak piekącem, lżejszem bez porównania było od
odległego strasznego wczoraj.

Z głową podniesioną zatem do góry, pokrzepiony powyższymi w swoim
rodzaju sofizmatami, rozejrzał się wówczas po świecie i począł
działać. Rozpowszechniwszy, za pomocą ponownie odnalezionego
przyjaciela i dawnego kolegi-światowca, pogłoskę o dziedzictwie
niespodzianem, a dość pokaźnem, po stryju, zmarłym w Stanach
Zjednoczonych, rzucił się w wir zabaw eleganckiego świata, w celu
zbliżenia się do Oli. Dopiął togo, zawładnąć jej sercem
potrafił, oświadczył się o jej rękę, odrzuconym został, i...

Powierzchnia morza spokojną już była. Obojętna całkiem
równomiernie i łagodnie uderzała fala o podnóże werandy - milczała
cicha...

Dzierżymirski obudził się ze swych myśli, zanurzył ręce w bujnej
czuprynie, głową wstrząsnął, jakby pragnąc odpędzić roje
wspomnień, i odwrócił się od wodnej toni.

Publiczności nie było już prawie, po platformie kawiarni, ziewając,
przechadzała się służba. Zawoławszy kelnera, Roman rzucił mu
dużą srebrną monetę, i odprowadzony głębokim jego ukłonem,
opuścił zakład kąpielowy.

Niebawem znalazł się na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z
szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.

W umyśle jego cichł szept przeszłości, niepostrzeżenie, stopniowo,
obrazy jej niknęły - teraźniejszość wracała... Przed wzrokiem
mężczyzny mignęła naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie
miłości, życia, silnie nim owładnęło.

Śpieszył się.

Odpędził natrętnego wyrostka, zachwalającego mu świeże ostrygi i
jakieś ślimaczki nadzwyczajne; niebawem żachnął się znowu
niecierpliwie, ujrzawszy zastępującego mu drogę rozczochranego
starego Włocha, z maneżkami, pełnemi pieczonych homarów i drobnych
raczków.

Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roiło się od
spożywających i zapijających wino ludzi, z oddali dolatywało echo
muzyki. Roman, przyśpieszając bezustannie kroku, wyrzucać teraz
począł sobie, że zostawił żonę samą; niepokoiła go myśl
uporczywa, iż nie cierpi ona może na migrenę, lecz, że to początek
zapewne słabości zupełnie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj
rozpoczynają się bólem głowy.

Po co tu przyszedł?... By bezużytecznie odgrzebywać minione chwile?
Ależ to nonsens zupełny. A tam ona, Ola, sama zupełnie - niewątpliwe
chora!..

Miłość pani, z całem bogactwem bezpodstawnych swych wzruszeń i
niepokojów, zawładnęła niepodzielnie Dzierżymirskim.

Spojrzał na zegarek - dochodziła dziewiąta. Przed nim już bardzo
blisko widniały dwie małe platformy przystani; pełne były ludzi,
przed jedną z nich stał parowiec, gotowy do odejścia. Dzierżymirski
w obawie, że się spóźni, puścił się pędem, i spotniały dobiegł
do przystani w tej samej właśnie chwili, gdy na pokład odrzucano już
sznur gruby, przytrzymujący parowiec. Wskoczywszy nań szybko, Roman
znalazł się pomiędzy natłoczoną ciżbą ludzi, jak głośny rój
pszczół gwarzącą pomiędzy sobą, ze śmiechem i giestykulacyą.

Otarłszy pot z czoła, Dzierżymirski wsparł się o poręcz balustrady
pokładu. Boki statku łagodnie pruły fale; oddzielona ciemną tonią,
w bliskiej już odległości mrugała kręgiem świateł rzucona na wód
obszary Wenecya.

Podniósłszy do oczu dalekonośną lunetę, wpatrzył się Roman w
rząd domów, położonych nad brzegiem, ku któremu szybko płynący
parowiec zbliżał się coraz bardziej. Szukał hotelu swego, i okna
pokoju, gdzie pozostawił Olę.

Okno komnaty tej właśnie otwartem było szeroko. W ramie zaś jego
stała kobieta, szatynka, smukła, o jasnem, habrowem spojrzeniu
podłużnych, mieniących się oczu, o piersiach wypukłych,
wznoszących się jak fala, a kształtach ponętnych, pełnych, jakby
pragnących gwałtem wydostać się z ciasnych ram opiętej, białej,
pikowej sukni. Małe wklęśnięcia po obu stronach wązkich usteczek
zdradzały przy uśmiechu rozkoszne dołeczki, rączka maleńka i
dystyngowana całość postaci mówiły wyraźnie o rasie młodej
osóbki.

Ola, wypocząwszy w łóżku godzin kilka, wstała właśnie przed
chwilą, czując, że nerwowy, spowodowany upałem i zmęczeniem ból
głowy ustaje. Pragnęła po za tem rozerwać trochę myśli, z
wyjściem bowiem Romana zasnęła i śnił jej się rodzinny Gowartów i
ojciec, jak żywy, tylko jakiś smutny i zbolały.

I po przebudzeniu myśl Oli pobiegła stąd daleko... Mimo woli sama
uleciała do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej podrażnił
wyraźny zapach polnego kwiecia, ziół i bodjaków, w uszach
zabrzmiała melodya cicha szumiących borów, kołyszącego się miarowo
stepu - smętna rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarnęła ją tu,
pod włoskiem niebem, poczuła, zda się, powiew jej, tęsknoty pełny,
do uszu zaś doleciało jakby ginące echo żałosnej dumki, śpiewanej
nieuczonym głosem mołodycy...

I smutek ogarnął Olę... Czy wróci tam kiedy, czy wróci?

Wszak podeptała wszystko - jednem szarpnięciem się zerwała wszelkie
więzy - sama otworzyła sobie przemocą bramę do wymarzonego
szczęścia. Tak jest. Bo Ola czuła się przecież rzeczywiście
szczęśliwą.

- Biedny ten ojciec jednak, który po swojemu, jak umiał, tak ją
kochał - myślała dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich,
Ładyżyński? Gdzie Gowartów, z którym zrosła się jej dusza cała?
Co się tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu
drodzy?..

Rozpamiętując w ten sposób przeszłość, przepędziła Ola z
godzinę.

Moc upajającej rzeczywistości tak silną była, jednak, że stopniowo
ścierać poczęła wrażenie snu i ożyłe chwilowo wspomnienia.
Obecnie stojąca w oknie młoda kobieta myślą daleką już była od
tego wszystkiego. Obejmując wzrokiem panoramę portu i morza -
oświetloną Wenecyę, wysepkę z kościołem S-to Giorgio Maggiore,
oraz kanały z mknącemi cicho po nich licznemi gondolami, - Ola z
niecierpliwością wypatrywała Romana.

Pragnęła już bowiem widoku męża. Przedłużona nieobecność
Dzierżymirskiego i w jej duszy zasiała ziarnka niepokoju; tęskniła
już za jego pieszczotą, zapragnęła czułości i pocałunków...

Wziąwszy lornetkę, przyłożyła ją Ola do swych oczu, ścigając po
chwili widnokrąg spojrzeniem. Pierś jej przytem unosić się poczęła
miarowo, usteczka zaś zdawały się całować przestrzeń, rozchylone,
proszące...

Zniechęcona, odjęła niebawem lornetkę od oczu. Jakiś statek w
kierunku Lido zbliżał się wprawdzie, lecz znajdował się jeszcze tak
daleko...

Ola odstąpiła od okna, i szeleszcząc jedwabiami swych spódniczek,
poczęła niecierpliwie przechadzać się po pokoju, pytając sama
siebie:

- Któż widział spóźniać się tak dalece? Widocznie zobojętniała
już ona Romanowi, czyż to jednak możliwe? Wszak tak niedługo trwa
ich szczęście...

Myśli ostatnie i wątpliwości śmiesznemi widocznie zdały się
młodej kobiecie, bo po zastanowieniu się twarz jej poweselała, a w
ciszy pokoju rozległ się śmieszek srebrzysty. W ślad za tem
zapaliła dwie świece i przystąpiła do dużego lustra. Długo, z
lubością, wpatrywała się w nadobne własne oblicze. Przymknąwszy z
lekka powieki, lecz tak, by mogła widzieć siebie, przegięła swą
ładną główkę i kibić nieco w tył, oraz rozchyliła usteczka...

Kształty postaci jej całej uwypukliły się ponętnie; w pozycyi tej
zatrzymała się chwilę... Uśmieszek zwycięski przewinął się
niebawem po drobnych wargach pięknej kobiety; podniosła do góry
ręce, łasząco, jak kocię, wyprężyła naprzód swe ciało, i
uczyniwszy gest, podobny do przeciągającego się po śnie człowieka,
wymówiła głośne: Aaaa...

Po chwili zaś, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualetę swą i włosy,
stanęła znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym
razem pokoju, z lornetką przy oczach.

Zbliżający się tymczasem od strony morza parowiec stawał właśnie
już w przystani. Po drewnianych pomostach wysypał się na ulicę tłum
różnolity i barwny; światła, pozapalane w pobliżu padały nań
skośnie, oświetlając wyraźnie ruszających się ludzi. Ola wśród
nich starała się odnaleźć sylwetkę męża, niebawem dojrzała go
rzeczywiście i z radością wykrzyknęła do siebie:

- Jest! jest!..

W oka mgnieniu odskoczyła od okna, zapaliła świecę, odnalazła
szybko kapelusz i parasolkę, i wybiegła z hotelu. Zdążała na
spotkanie Romana, śmiejąc się z góry na myśl, jak on się zdziwi,
ujrzawszy ją na nogach.

Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roiło się od
publiczności. W pobliżu hotelu, zamieszkiwanego przez
Dzierżymirskich, muzyka grająca zazwyczaj na placu Świętego Marka,
rozbrzmiewała kaskadą ochoczych tonów przed kawiarnią,
przepełnioną ludźmi, snującymi się również wszędzie, gdzie tylko
było rzucić okiem. Ola, zdążając ku przystani, wymijała ich
szybko, w oddali widziała już wśród idących sylwetkę Romana,
całą białą, górującą wzrostem nad innymi.

Dzierżymirski, niespokojny snać dotąd jeszcze, szedł krokiem
raźnym, z cygarem zapalonem w ustach, a kroczył tak zamyślony, że
byłby, nie widząc wyminął Olę niewątpliwie, gdyby ta, ubawiona,
nie roześmiała się wesoło i nie pochwyciła go za ramię. Na
dźwięk znajomego srebrnego śmiechu podniósł Roman głowę i twarz,
chmurna dotychczas nieco, rozpogodziła mu się natychmiast.

- Ty tu, filutko?.. - wykrzyknął radośnie, i ująwszy obie rączki
Oli w swe dłonie, obsypywać je zaczął pocałunkami, a następnie
pociągnął ją ku sobie, i nie zwracając zgoła uwagi na kilka
mijających ich osób, ucałował w twarz serdecznie.

- A tak, Romeczku! - odparła żywo Ola - wybiegłam, bo zobaczyłam
przez lornetkę, jak wysiadałeś! Fe! któż widział siedzieć tak
długo, gdy się ma tak ładną, jak ja żoneczkę... - dorzuciła,
przymilając się, z lekką wymówką w głosie, i dodała jeszcze:

- Myślałam już, że ci się co złego stało!

  Promień przebiegł po twarzy mężczyzny, ujął ramię Oli, i
  odparł:

- A wiesz, moje życie, że i ja miałem co do ciebie myśl podobną?..
- uśmiechnął się i dodał - ale z mej strony to usprawiedliwione,
zostawiłem cię przecie bowiem w łóżku...

Idąc wciąż szybko przed siebie, zamilkli oboje. Miłość odczuta,
taka sama, drobną swą powyższą oznaką zamknęła im usta na
chwilę.

- Skądsiś od Wielkiego Kanału, w pewnych od siebie, odstępach,
dolatywało właśnie echo silnego męskiego głosu, przy
akompaniamencie chóru innych.

- Pojedziemy może gondolą, jak myślisz? - zapytała Ola - słyszysz
jak ładnie śpiewają?..

- Dobrze, moje życie, jedziemy!.. - odparł wesoło Roman.

Jak na zawołanie, w tej samej chwili Dzierżymirscy usłyszeli za sobą
kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gón-dola,.
gón-dola signore... gón-dola!.."

Na lewo, obok idących, znajdowała się "Piazzeta", a naprzeciw
wznoszącego się majestatycznie pałacu Dożów, największa przystań
gondolierów.

Dzierżymirski, wybrawszy jednego z licznych" napraszających się
przewoźników, podszedł ku przystani, gdzie wespół z Olą usadowił
się niebawem w gondoli.

- Serenada, Canale Grande! - rzucił ubranemu biało Włochowi.

"Rematore"*) uderzył w wiosła, i gondola z wolna, cicha, wysunęła
się z pomiędzy dziesiątek innych, a kołysząc się na, czarnej fali
kanału, pomknęła we wskazanym kierunku. Roman objął kibić żony i
począł muskać delikatnie ustami jej oczy, czoło, szyję i usta. Ona
zaś uchylała się wciąż figlarnie, szepcząc:
[*) Wioślarz.]

- Wstydź się... gondolier patrzy...

Lecz mężczyzna nie przestawał. Kilkakrotnie usta ich złączyły się
w pocałunku gorącym, długim, od którego zadrżeli oboje, z ust
Romana sypały się ciche i urywane, dyszące uczuciem i
namiętnością, pieszczotliwe wyrazy...

A wkoło nich, szeleszcząc uderzeniami wioseł, sunąc również, jak i
oni cicho, mknęły, migocząc kolorowemi światełkami, gondole,
zmierzając wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kanałowi,
całemu rozbrzmiewającemu w tej chwili, jak harfa ruszona śpiewem i
muzyką. Oświetlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migały
w oddali wielkie gondole, a raczej statki małe, tak zwane "serenady",
na których orkiestry cale grajków i śpiewaków-samouków popisywały
się ze swym wrodzonym, a rzetelnym nawet częstokroć artyzmem.

Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabiło światłami i
stłumionym śpiewu odgłosem, koło nich zaś, w pobliżu, grupowały
się kręgiem dziesiątki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich
niedbale i wygodnie słuchaczami. Niektóre z rozbrzmiewających
śpiewem i muzyką bark podjeżdżały pod okna dawnych dworców, a
dzisiejszych pierwszorzędnych hoteli i koncertując tam wyłącznie dla
hotelowych gości, zbierali od nich dla siebie datki, sunąc
różnobarwnemi światłami i gorejącym kadłubem stateczku zwolna u
marmurowych stopni pałacowych balkonów.

Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, śpiewających wprost kościoła
S-ta Maria della Salute, pod oknami pałaców Ferro i Zucchelli,
(dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza kościołem,
zabrzmiała właśnie nagle pieśń solowa ..

Zagłuszając inne głosy śpiewaków bliższych i dalszych, zadrgała
ona uczuciem, i zręcznie modulowana przyjemnie pieściła słuch, coraz
donioślejsza, bliższa...

- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowała Ola, ujęta głosem
śpiewaka.

- Bene, carissima! - odparł Roman, i skinął na wiosłującego.
Gondola ich, kierowana umiejętną ręką, wymijać zaczęła łodzie,
coraz liczniejsze.

Roman i Ola, widząc się coraz bardziej otoczonymi, przestali
pocałunków i pieszczot, chwilowo poddawszy się zupełnie czarowi
pieśni, płynącej ku nim w ciszy wieczoru.

Oboje milczeli...

Gondola tymczasem skręciła powoli w lewo, ku rozśpiewanej barce, i
wśliznąwszy się swym wysokim przednim dziobem, jak wąż, pomiędzy
kołyszące się dziesiątki innych gondol - stanęła wreszcie,
zatrzymana zręcznie. Gondolier przymocował sznurem swój pojazd do
sąsiednich i założywszy na krzyż ręce, w skupieniu wespół z
innymi zasłuchał w pieśń...

Szerokiem półkolem, ciche, kołysały się wszędy inne gondole;
wsparci w nich słuchacze poddawali się niewytłumaczonemu czarowi tej
weneckiej, cichej nocy, tej pieśni szczerej, niewykwintnej,
chwytającej jednak mimo woli niejednego za serce, zapadającej w duszę
głęboko.

Po smętnych pieśniach następowały skoczne, i tak dalej, bez zmiany.
Co kilka "numerów" z barki "serenady" schodził włoch, rozczochrany,
od śpiewu wzruszony jeszcze, i z czapką w ręku zbierał "co łaska",
przestępując ostrożnie z jednej gondoli na drugą.

W ciszy zaś względnej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem,
ruszały się z miejsc swoich niektóre łodzie, wracając, lub
zdążając dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwała się
milcząco nowoprzybyła gondola, a publiczność, zebrana w tych
zaimprowizowanych wodnych lożach, natychmiast spoglądała ciekawie na
swego sąsiada, półgłosem komunikowała sobie uwagi, w rozmaitych
językach.

I w cichości powoli milkły, to znów z kolei rozbrzmiewały dalsze i
bliższe rozśpiewane barki, wreszcie antrakt się kończył, po wodach
kanału mknęła znów ze "sceny" serenady pieśń namiętna...

Słuchały jej echa zdawało się, pobłażliwie i ciekawie gwiazdki,
licznie rozsiane po gwiaździstem niebie południa - słuchały krzyże,
i wieżyce licznych świątyni, i zadumane marmury wiekopomnych
dworców.

Od czasu do czasu komunikując sobie przyciszoną uwagę, Roman i Ola
słuchali również uważnie włoskich pieśni, nastrój zaś
dzisiejszego wieczora rozmarzająco działał na nich. Myśli ich daleko
ulatywały, pod wpływem tej nocy, tego krajobrazu niezwykłego, a
pełnego czaru, i tej niewymuszonej, tchnącej uczuciem pieśni,
wyrzucanej z ust ludzi prostych, dziwnie jednak atoli przejmujących
się melodyą słów swoich, kochających tak wyraźnie pieśni owe,
narodowe - własne!

Wywołana zatem świeżemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego
popołudnia, myśl Oli biegła nieprzeparcie do stron ojczystych -
przymrużała oczy, i widziała ogród Gowartowski... wyniosłe oblicze
ojca...

Romana zaś trapiły z kolei te same, co i nad morzem myśli... Fałsz
obecnego położenia, przyszłość niejasna, zakryta, ciemna, z
tajemnicą na dnie duszy ukrywać się zmuszoną, przed okiem
najdroższej nawet teraz dlań na świecie istoty, zaciemniały chmurą
troski czoło Dzierżymirskiego, mgłą smutku matowały spojrzenie
czarnych, rozumnych oczu.

I żal jakiś niezmierny, żal do życia, rozpierał mu piersi, do losu,
że, postawił go na tak śliskim i kołyszącym się gruncie, że tylko
za cenę tego fałszu i wyrzutów sumienia, pozwolił mu zdobyć to jego
dzisiejsze nieograniczone szczęście!

Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spoglądał
na Olę. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych
poduszkach gondoli, zadumana, również marzyła cicho... Cienie
przechodziły, przemykały się po jej wdzięcznem, zamyślonem obliczu,
czasem na usteczkach zagaszczał błąkający się uśmieszek.

Roman wtedy z miłością bezgraniczną zatrzymywał dłuższą chwilę
spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popadał w zadumę, lub
słówkiem pieszczoty, albo spostrzeżeniem jakiem przerywał milczenie.
Ola odpowiadała mu skinieniem główki - zamieniali pomiędzy sobą
zdań urywanych kilkanaście, i znowu milkli, poddając się nastrojowi
zewnętrznemu otoczenia i wewnętrznemu dusz własnych. W ten sposób
czas mijał.

Powoli, stopniowo rozluźniło się ścieśnione gondol półkole... Z
cichym wioseł szelestem i pluskiem ruszonej wody odpływały one jedne
po drugich - duże barki sąsiednich serenad ginęły również w
oddali, śpiewy ich cichły...

Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewało po kanale ostatnimi tony, a
między innemi i barka, koło której kołysała się gondola
Dzierżymirskich. Z okien i balkonów hoteli poznikały już także
liczne sylwetki i twarze gości, w pobliżu, na wieży kościelnej,
wybiła rytmicznie godzina jedenasta...

Roman ocknął się pierwszy, dotknął delikatnie dłonią rączki Oli
i rzekł:

- Pora już nam, kochanie... prawdaż?..

- Która? - zapytała Ola, zbudzona.

- Jedenasta, moje życie - odparł Roman.

- Już?.. - zdziwiła się Ola, westchnąwszy. To jedźmy, nie
sądziłam nigdy, by już tyle czasu minęło...

- O czemże tak dumała moja pani? - zapytał Roman, z uśmiechem.

- A ty? - odpowiedziała pytaniem Ola.

- 0... ja?.. nic ciekawego - odparł pośpiesznie Roman, i jakby
pragnąc, by powtórnie nie pytano go o to samo, odwrócił się szybko
do gondoliera, informując go, dokąd ma ich zawieźć.

Gondola, wycofana z łatwością z przerzedzonego już kręgu,
zawróciła i pomknęła ku oświetlonemu niebieskawym światłem
latarni elektrycznych placowi San Marco. Na wieżach odległych
kościołów, układającej się do snu Wenecyi, w milczeniu, różnymi
tony dzwoniła godzina jedenasta, zdała dochodził jeszcze przyciszony
odgłos muzyki...

Wyciągnąwszy się wygodnie w gondoli, Roman ujął znów kibić żony,
i pieszcząc wargami jej szyję, począł mówić cicho, długo,
ciągle.

Czuł potrzebę mówienia; chciał zagłuszyć, odpędzić natrętne
myśli, wspomnienia, przechodził z tematu na temat, śmiał się,
dowcipkował, całował Olę co chwila. A ona szczebiotała również...

Pełne wesela głosy dwojga młodych złączonym akordem przerywały co
chwila milczenie i spokój "Canale Grande", padały i ślizgały się
echem po ciemnej tafli jego wód, w których z kolei pławiły się
cienie pałaców, złotym deszczem igrały gwiazdy i swawolił powiew
wietrzyka, idącego z morza, pokrytego ciemnością, śniącego w
oddali...

Dostawszy się na pełnię wód kanału św. Marka gondola pomknęła
chyżo, a niebawem po falistej tafli włoskiej laguny rozległa się
śpiewana zgodnym liórem męskiego barytonu i kobiecego sopranu pieśń
polska: "Szumią jodły"...

- A co, nie mówiłem, że to nasi, choć on taki czarny, jak Włoch -
odezwał się po polsku, z gondoli, którą mijali Dzierżymirscy,
rubaszny trochę głos mężczyzny.

- No, tak dziobać się, jak gołąbki, to i  inni potrafią...
odpowiedział ironicznie ktoś drugi.

- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z
przekonaniem, stanowcza, rozległa się odpowiedź szlagona.

Tymczasem gondola Dzierżymirskich malała już coraz bardziej, na tle
nocy tylko czerwonawem światełkiem migocąc z oddali. Wkrótce,
zaleciała jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj,
Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!...

- Moo - ja!... oddało echo lagun morza i zmilkło, cały zaś kadłub
czarnej gondoli znikł gdzieś niebawem, ustępując miejsca innym,
nadciągającym coraz gęściej od strony Wielkiego Kanału, coraz
cichszego, coraz bardziej pogrążającego się w czerni bezbarwną,
głuchą, zapadającego tam uśpienia - Nocy!


*             *
*

- Patrz, patrz! jakież to piękne!..

Słowa te, półgłosem, z akcentem zachwytu, wymówiła Ola, i oboje
wraz z Romanem stanęli na miejscu, jak przykuci. Nad ich głowami
wznosiła swe dumne gotyckie arkady jedna z najpiękniejszych, po
bazylice San Marco, świątyń w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari
- stali zaś przed mauzoleum Canovy.

- Prawda! - szepnął w odpowiedzi żonie Dzierżymirski. - Zdawałoby
się, iż ten oto anioł, czy geniusz uśpiony, żyje, oddycha, stróż
czujny... urwał, studjując dalej pomnik z uwagą.

- A te postacie, nieprawdaż, iż rzeczywiście idą, ruszają się
wolno, pogrążone w cichej boleści i smutku! - podchwyciła żywo Ola,
podniecona widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze piękna.

Oboje umilkli, z niekłamanym zachwytem wpatrując się w rzeźbę.

Od grobowca bowiem, przez samego Canovę modelowanego niegdyś na pomnik
dla Tycyana, biło rzeczywiste, szczere piękno i chwytało za serce -
mówiło...

Przyparty do ściany, cały z białego marmuru, a trójkątnym
kształtem w minjaturze przypominający, piramidy Egiptu, stał sarkofag
otworem...

Na lewo, jakby strzegąc doń wchodu, olbrzymi lew marmurowy leżał, z
obwisłemi łapami, potężny, srogi, i jakby smętnie zadumany, a na
nim, z rozpostartemi skrzydły, opierał się wielki Anioł uśpiony...

I tchnące łagodnością, cudne oblicze Anioła zda się być
rzeczywiście nie z tego nędz padołu!..

Z ludzką twarzą, to prawda, spoglądać się zdaje na widza, lecz oczy
jego przymknięte nieco, skupienia i zadum pełne - znieruchomione w
nadziemskim spokoju, ciszą zaświatów, wieczności milczeniem i bytu
zagadką, nęcą oto wyraźnie, wzrok ciągną za sobą, unoszą duszę,
myśl... gdzieś w strefy nadziemskie do nieba!...

A z prawej znów strony grobowca, jakby z ziemi, ze świata, wolno suną
jakieś postacie, zmierzając do otwartych na ścieżaj wrót
sarkofagu...

Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, większa, kobieta młoda,
jest już tuż blizko, u grobu prawie, w ślad za nią, z girlandami
kwiatów, postępują postacie mniejsze - to dziatki.

Idą... Kroczą, z pochyloną głową, przygnębieni, smutni, niebawem
już cisi przestąpią oni próg grobowca...

- Chodźmy! - szepnęła Ola pociągając lekko Romana za rękę.

Z widoczną niechęcią, jakby nie mogąc oderwać wzroku od pięknego
pomnika, poruszył się Dzierżymirski, i wyrzekł półgłosem:

- Czy już obejrzeliśmy tutaj wszystko?

- Zdaje mi się, że wszystko - odpowiedziała Ola.


W pustej i cichej świątyni rozlegały się wyraźnie ich kroki, prócz
nich bowiem obecnie nie było tu nikogo.

Dzierżymirski wyjął zegarek.

- Szósta!  Wracajmy, musimy pożegnać  jeszcze Wenecyę z Campanili -
rzucił żywo, i ująwszy ramię żony, skierował się ku wyjściu z
kościoła.

Na progu Dzierżymirscy stanęli, obrzucając ostatniem spojrzeniem
kościół; wzrok ich przesunął się raz jeszcze po wspaniałych
grobowcach dożów, Tycyana i wyszli.

Upalny spokój włoskiego popołudnia objął ich natychmiast. Słońce
paliło jeszcze, na uliczkach Wenecyi było pusto.

Dzierżymirscy szli przyśpieszonym krokiem, zmierzając ku mostowi "di
Rialto." Był to ostatni już dzień pobytu ich w Wenecyi, wyjeżdżali
nazajutrz, żegnając dziś po raz ostatni urocze miasto pamiątek.

A żegnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie
jeszcze kościołów, po raz wtóry obeszli wszystkie miejsca, dokąd
zachęcało ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam piękna.

A więc pałac Dożów, jego archeologiczne muzeum i liczne przepiękne
sale i ponure więzienia, pałac królewski, bazylikę, a także
zarówno arcydzieła pędzla Tycyana, Tintoretta, Pawła Veronese,
Belliniego, i innych, w Akademii "delle belle Arti."

- Wiesz, kochanie? musimy spieszyć się porządnie, gdyż o siódmej
podobno zamykają już Campanillię*)-odezwał się Roman po dłuższem
milczeniu idąc z Olą bezustannie tak sarno szybko i słuchając
zarazem szczebiotu jej, wciąż jeszcze znajdującej się pod wrażeniem
pysznego dzieła Canovy.
[*)Znana powszechnie pod tą nazwą dzwonnica Świętego Marka w
Wenecyi, siegająca budową i stylem X wieku, dziś, jak wiadomo, już
nie istnieje. Runęła dnia 14-go Lipca 1902 roku.]

- Co za świetną doprawdy miałeś myśl, Romciu, zestawić to
obejrzenie Wenecyi z wyżyn na zakończenie! - rzekła Ola, i dorzuciła
z ożywieniem: - Bo ostateczne owe wrażenie nie zużyte dotąd jeszcze,
nowe, idealnie zamknie nasz pobyt tutaj...

- A widzisz, me życie, że nietylko moja pani miewa genialne koncepty -
z uśmiechem odparł Roman, miłą mu bowiem była myśl, że ich
wzajemne zapatrywania estetyczne zgadzają się tak dobrze.

W tem bo ostatniem los rzeczywiście nie był poskąpił zadowolenia
Romanowi. Ola, była to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem
poczuciem piękna i niezmierną wrażliwością na dzieła sztuki,
zgrzytów pod tym względem pomiędzy nimi nie było wcale - dopełniali
się wzajemnie.

- Poczekaj, kochanie - odezwał się znów Roman - spożyjemy sobie
parę brzoskwiń... Mam ogromne pragnienie, a ty?...

- O! ja także!.. wykrzyknęła potwierdzająco i wesoło Ola, poczem
oboje zbliżyli się do charakterystycznego, szerokiego, pod
płóciennem okryciem od słońca, weneckiego straganu, przepełnionego
różnemi owocami i jarzynami.

Minęli już byli waśnie "ponte di Rialto", znajdując się obecnie w
okolicy i punkcie targu, oraz ożywionego ruchu. Wokoło nich szwendali
się liczni przechodnie, przekupnie wychwalali głośno swój towar, t.
j. drobiazgi, owoce, lub rzadkość w Wenecyi - zimną wodę do picia,
mówiąc nawiasem, nadzwyczaj niezdrową.

Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwiń, i spożywając je,
Dzierżymirscy puścili się znowu w dalszą drogę. Szli obecnie
najbardziej ożywioną i handlową ulicą w Wenecyi, tak zwaną "la
Merceria", wijącą się w kształcie szerokiego trotuaru pomiędzy
domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim położonych sklepów, a
wiodącej zygzakiem od mostu di Rialto do wieży zegarowej na placu San
Marco.

Zaczepiani co chwila przez natrętnych właścicieli magazynów,
przekupniów mozaiki i małych bosonogich chłopaków, narzucających
się im co chwila, z pytającem słowem i spojrzeniem ładnych, czarnych
ocząt: "Accompagnare, signore?...", Dzierżymirscy szli szybko,
wygodną, choć krętą ulicą, rozmawiając wciąż ze sobą.

Niedosłyszane wzajemnie często w gwarliwym hałasie "Mercerii" słowa
ich ginęły bez echa, gdy naraz i tym razem zupełnie głośno, po
niewiele znaczących uwagach, odezwał się pierwszy Dzierżymirski.

-Czy wiesz, moje życie, iż to już trzy tygodnie blisko, jak
wyjechaliśmy z kraju? Czas leci, kto by pomyślał, że niebawem już
minie miesiąc, jak porwałem ciebie, szczęście moje, z łona
rodziny?..

Choć w ostatnich słowach brzmiał ton żartobliwo-dobroduszny, jednak
Roman niespokojnie spojrzał na żonę, pierwszy to bowiem raz tak
wyraźną czynił alluzyę do niedawnej, a przełomowej chwili ich
życia; dorzucił zaraz:

- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem myśli i co czyni w tej chwili
twój ojciec... przytem wahająco spojrzał z pod oka na Olę, uważnie,
jakby zbadać pragnąc, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie.


Lekka mgła jakby przemknęła po twarzy młodej kobiety, a brewki jej
zmarszczyły się przelotnie, jednakże odpowiedziała natychmiast.

- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spuściła oczy, zarumieniwszy
się lekko - bardzo często... podkreśliła akcentem te słowa, -
myślę o tem...

I Ola z kolei podniosła swe przymglone oczy na Dzierżymirskiego, a
jemu zdało się jednocześnie, że wilgotnemi były one...

W tej samej chwili młoda kobieta ruchem łagodnym, a wdzięku pełnym,
położyła swą rączkę drobną na ręku męża.

- Nie gniewaj się, mój drogi, że ci to mówię - rzekła miękko -
ale... ale wierz mi, że ja nieraz lękam się jakby po prostu, by ta
przeszłość nasza, a w szczególności gwałtowna chwila ucieczki
mojej, nie przyniosła nam nieszczęścia... Biedny ojciec! - cicho
westchnęła Ola i umilkła, spuściwszy nieśmiało wzrok ku ziemi, jak
gdyby przestraszywszy się słów ostatnich.

Teraz Roman z kolei pochwycił rękę żony i uścisnąwszy ją
serdecznie kilka razy, wzruszony, począł pocieszać Olę z cicha, w
końcu zmienił zupełnie temat rozmowy, przeszedłszy pośpiesznie na
przyszłe zamiary wspólnej podróży. Równocześnie jednak
sposępniał, i, choć drobna, mała chmurka, co niby cień,
wśliznęła się pomiędzy ich dusze - względnie rozwiała się dość
prędko, zostawiła jednak w umyśle Dzierżymirskiego ślad trwały.
Teraz zatem, gdy znowu zamieniał z Olą banalne nieco frazesy, myśl
jego pracowała uparcie w dalszym ciągu.

Więc on nie mylił się, będąc częstokroć niespokojnym, gdy
widział przychodzącą na czoło żony nagłą zadumę, na pozór
niewytłumaczoną zgoła niczem.

Więc w główce tej, w której, prócz miłości dla niego, długo nie
przypuszczał innego uczucia - tkwił jednak w swoim rodzaju wyrzut
sumienia?.. Odmiennemi zatem krocząc drogami, dusze ich - ze źródła
tylko innego całkiem płynące - obie jednocześnie miały swoje skryte
zgryzoty i cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola więc
także cierpiała...

- Dziwne, to życie, dziwne! - omal że nie głośno wymówił Roman.

- 0! patrz, już plac św. Marka - wesoło wykrzyknęła Ola w tej samej
chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednocześnie dodała:

- Wpół do siódmej! - Zdążymy!..

Dzierżymirski nie podniósł uwagi żony, przelotnie spojrzał tylko w
jej twarz, a widząc Olę uśmiechniętą, poweselał sam również.

Wydostawszy się z wąskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali się już
oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokoło
kolumnami pałacu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzędnych
kawiarniach Wenecyi, roiło się od ludzi; na mozajkach, krzyżach,
brązowych koniach i kopułach bazyliki św. Marka grały promienie
słońca, u stóp zaś Campanili, dokąd zmierzali Dzierżymirscy, i
przed kościołem, pośrodku placu, gruchały i latały setki gołębi,
karmionych ręką publiczności. Zapłaciwszy za wejście, Roman i Ola
powoli zaczęli wstępować na górę.

Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelającej w
górę wysoko i samotnie, szło się nie po schodach, lecz po lekko
pochylonej płaszczyźnie spiralnej, nader wygodnej, choć krętej,
wchodzącego wcale nie męczącej.

Co kilka minut postępującym na szczyt dzwonnicy Dzierżymirskim
migały z prawej strony małe okienka, pozwalające im pochwycić rąbek
krajobrazu, ściany zaś wieży przepełnione były licznymi podpisami
turystów.

Względnie dość długo, bo powoli, zmęczeni poprzednim pośpiechem,
szli pod górę Roman i Ola, zanim dostali się wreszcie na obszerną
szczytową platformę dzwonnicy. Prócz sprzedającego w
zaimprowizowanym sklepie fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia,"
kilka zaledwie osób znajdowało się tutaj. Dzierżymirscy zbliżyli
się do balustrady, obrzuciwszy spojrzeniem cały widok, u stóp ich i
henhen, daleko!...

- Śliczne, prześliczne! - rzekła po chwili Ola półgłosem, z
przejęciem, Roman zaś, potakując żonie, wyjął noszoną stale ze
sobą lunetę i regulować ją począł.

Słońce właśnie zniżało się ku zachodowi. Z jednej strony
krajobrazu, na prawo, tarcza jego, ziejąc purpurą, kąpała się
promienistymi blaskami w morzu, rozświetlała jego tajemniczą
głębię, rozżarzała, na kształt głowni, czerwonawym ogniem
zmarszczone grzbiety fal, złotym prostopadłym gościńcem zanurzając
się stopniowo coraz bardziej w iskrzącą się światłami toń. I
zielonkawe, łagodne Adryatyku fale, rozchylały się przyjacielsko i
gościnnie - roztwierały swe nurty do idącego na spoczynek słońca,
wód szmerem kołysać się je zdając do snu cichego...

Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegły ostatnie promienie
jego; rozlewały się wkoło pożegnalnym odblaskiem - pieściły już
morze całe, zapalały na niem miljony barw i odcieni, skośne leciały
w lewo ku Lido, "giardini publici," słały się krwawiące na dachach i
wieżach leżącej w dole Wenecyi - i ginęły nareszcie w zamglonej
gdzieś dali, tuląc się do majaczących hen, hen, w perspektywie
górskich alpejskich szczytów...

Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.

Otulony ciszą bezmiarów, tchnący spokojem idącego wieczora,
zachwycał ich ten krajobraz.

- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadają sobie nasi brudni włosi swoje
"pranzo" - rzekła nagle do męża Ola, wskazując ręką spiętrzoną u
stóp ich, wśród wąskich kanałów, Wenecyę, i ścieśnione dachy
jej domów, gdzie na werandach spożywano właśnie posiłek.

- A, prawda! - potwierdził Roman.

- Zabawnie wyglądają na swoich daszkach, jak liliputy... - zauważył
jeszcze i ująwszy ramię żony, zbliżył się znów ku balustradzie od
strony morza.

- Patrz! - rzekł przyciszonym głosem, wskazując na prawo ląd stały
- widzisz te otulone mgłami sylwety miast i gór?..

- Widzę - potwierdziła Ola.

- Oto Fusina - objaśniać począł żonie Roman - tam znów głębiej,
to Padwa i Treviso...

Tu, na zachodzie - to otaczające Weronę szczyty górskie, a tam -
wskazując ruchem ręki kolistym krajobraz, mówił dalej Dzierżymirski
- to Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda.

I Roman manewrując równocześnie lunetą odkrywał coraz to inne
odległe góry i miasta, a użyczając lornety swej żonie, objaśniał
ją, tłumaczył.

Tymczasem zaś platforma dzwonnicy opustoszała stopniowo. Prócz
przekupniów, zalecających swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie
było tu już prócz Dzierżymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali się
do odejścia, gdy oto nagle przystanęli znowu, zasłuchani.

Z weneckiego starego grodu szła muzyka dziwna... Jak orkiestrą
dobraną grana, wędrowała przez otulone milczeniem przestworza melodya
kościelnych dzwonów...

Rozpoczęły ją, na wprost Campanili dzwony kościołów: Redentore, na
wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w ślad za niemi
powtórzyły inne świątynie. Z Santa Maria della Salute na czele
rozbrzmiały kolejno po całej Wenecyi, wstrząsnęły ciszą "królowej
Adryatyku" - tu donośnie bijąc basem, tam znów skarżąc się
łagodnie, kwiląc - wspólnie zagrały chórem swą pieśń
wieczorną...

Dobranymi jakby akordy popłynęły dźwięcznie tony poprzez laguny i
kanały, morzem, po grzbietach fal, uleciały w dal siną, zda się,
niosąc swe echa aż do podnóży gór.

Roman, nachyliwszy się ku żonie, rzucił półgłosem:

  - Co za wspaniałe i silne wrażenie, nieprawdaż?...

Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie
urwał...

Dzierżymirscy zadrżeli oboje. Kobieta przytuliła się, jak powój, do
mężczyzny, on zaś objął opiekuńczym ruchem jej kibić i silnem
ramieniem przycisnął wylękłą do siebie.

To z dzwonnicy św. Marka, tu, na szczycie jej, o parę zaledwie kroków
od nich, zagrzmiał właśnie do wtóru innym, zadudnił, głusząc
wszystko swą siłą, dzwon olbrzymi i potężny - "San Marco."

Głos jego tubalny, huczący, zmieszał się z ogólną aryą dzwonów,
napełniając echami grzmotów, trzęsąc platformą wieżycy.

A jednocześnie Roman i Ola dziwnego doznawali wrażenia. Zdało się im
bowiem, jakby ich tutaj nie było już zupełnie.

Nie, oni stanowczo znikli, a znajdował się tu jeno jeden jedyny
olbrzymi dźwięk, z którym istnienia wspólne zlały się,
złączyły. Glos dzwonu przenikał ich do głębi, szedł aż do dna
dusz, grał na fibrach nerwów; trząsł nimi, potężny w swej mocy -
wielki...

Ola jeszcze bardziej przytuliła się do męża, jakby szukając obrony
przed czemś, czy przed kimś, Dzierżymirski silniej przygarnął ją
do siebie. Równocześnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem
jednomyślnym i uczuciem wzajemnem, twarze ich zbliżyły się i
złączyły usta!...

Ostatni z ostatnich promień zachodu zapalił na sekundę jedną
gwiazdę na czołach mężczyzny i kobiety, skojarzył się z ich
pieszczotą i znikł. Słońce zgasło... Roman i Ola jednak nie
odrywali ust od pocałunku, a trwali w nim jeszcze...

Jakaś bowiem niewytłumaczona niczem chęć przedłużenia jakby tej
chwili ogarnęła Dzierżymirskich.

W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgały uczuciem, a huczący
głos dzwonu zdawał się bardziej jeszcze kojarzyć ich ze sobą...
Łączył się sam niby z ekstazą ich pocałunku, a usuwając z niego
zarazem pierwiastek zmysłów poziomy - wznosił dusze Romana i Oli w
nadziemskie gdzieś strefy, uszlachetniał, budził w nich jakieś
chęci i pragnienia i przypinał skrzydła do lotu i rozszerzał piersi
i kazał się modlić pokornie...

Z ekstazy pierwsza zbudziła się kobieta.

Przybladła nieco, oderwała drobne wargi od ust Romana i szepnęła
cichutko: - Chodźmy już!..

- Dobrze, złoto moje, kochanie najmilsze! - odparł pieszczotliwie
Dzierżymirski, i oboje w ślad za tem skierowali się ku wyjściu.

Nic nie mówili teraz do siebie. Zamyśleni, pogrążeni w swój dziwny
stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w
dół ciągle.

I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wślizgiwać się poczęła w
ich dusze, mózgi i serca...

Przy dźwiękach bo oto grającego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma,
jakieś zwątpienia obsiadły nagle ich dusze, a czar, tam, na górze,
odczuty - niknął, wewnętrzne zadowolenie i napięcie duchowe
słabło!..

Lecz czyż to złudzenie? Wszak głos tegoż samego dzwonu jest teraz
jakimś całkiem innym, odrębnym; to nie ten na górze, wysoko!

Tamten, pełen otuchy, dodawał odwagi, wzmacniał. A ten, wstrząsając
murami wyniosłej wieżycy, błąka się gdzieś tylko po jej
zakamarkach, szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny...

I pod jego wpływem, jakby pod działaniem czarodziejskiej siły, w
myślach Dzierżymirskich, każdemu z osobna, zaszumiały znowu wyrzuty
sumienia.

Jej, Oli, stanęła przed oczami, jak żywa, marsowa twarz ojca, i jego
spojrzenie smutne, wyrzutów pełne. Źrenice rodzica wyraźnie przytem
zdawały się skarżyć, mówić: Ja cię kochałem, drogie dziecię, a
ty tak pogardziłaś mną, zraniłaś tak dotkliwie i boleśnie!

Romanowi zaś tak żywo przypomniała się z przed laty chwila pewna,
iż zdziwił się sam niepomiernie. Swą ubogą izdebką z przed laty,
straszną noc walki ze sobą samym, i zwycięstwo złota ujrzał tu w
Campanili-wszystko!..

A dzwon tymczasem huczał coraz bardziej, i przytem coraz jakby sroższy
i bezwzględniejszy, surowszy... Dzierżymirscy bezwiednie, w mimowolnej
po prostu obawie przed tym głosem karcącym z wysoka, pospieszniej w
dół schodzić poczęli.

Cienie wieczorne kładły się już po pustych zakątkach starej, jak
świat, wieżycy, mroki tajemnicze pełzały tu swobodnie. Przy
dźwiękach dzwonu, który wciąż trząsł jej ścianami, wśród
ciemniejącej stopniowo, a zamkniętej w nich pustki, schodziła,
spuszczając się coraz szybciej, zniżała się para młodych.

Wreszcie zmierzch szary pochłonął zgrabne postacie, i zapanował
bezpodzielnie w Campanili. Jednocześnie o jej mury odbiło się echo
ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzierżymirskich
przypomnienie przeszłości...

W ślad za tem uspokoiło się wkrótce wszystko.

Wiekopomna wieżyca, zasłuchana jakby jeszcze w końcowy zamierający
dźwięk dzwonu, przycichła; szarość, smutek i głusza rozsiadły
się tu wokoło... W milczącą senną zadumę, we wspomnienia
przebrzmiałe, zapadała powoli Campanile.



---------------



- Rojno i gwarno było dziś u marszałkowej nieprawdaż? Ha-ha-ha,
wiedziałem doskonale, że się stawią wszyscy... Poczciwa jednak ta
nasza światowa menażerya.... No, i cóż? Uwierzyli?

Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej dużym, pięknym
salonie, wygłosił, sadowiąc się wygodnie na fotelu, Emil
Ładyżyński. Był to mężczyzna lat przeszło pięćdziesięciu,
wysoki, szczupły, od stóp do głów drobiazgowo wytworny, o wyrazie
twarzy szyderczym, przyrosłym jakby do rysów jego, świeżych i
żywych jeszcze, oraz pięknych oczu podłużnych, zielonkawych, z pod
pincenez patrzących rozumnie.

- Uwierzyli. To jest, może udali tylko, że wierzą... odpowiedziała
marszałkowa rozpartemu z gracyą w krześle gościowi swemu.

- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i
dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy myślą sobie,
co im się żywnie podoba!- zawyrokował tenże głosem stanowczym.

- C'est ce qui me tranquillise, iż zamknęłam zupełnie dziś już
rachunki z towarzystwem tutejszem - odparła z westchnieniem ulgi pani
Melania.

Rozmowa potoczyła się dalej; treścią jej był przebieg dzisiejszego,
a ostatniego czwartkowego przyjęcia u Marszałkowej.

Zniknięcie Oli, choć trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w
takich razach, nagle, pewnego poranku przedostało się niewiadomo przez
kogo, jak i kiedy, do miasta, a wieść ta, podawana z początku
ostrożnie, cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce była już na
wszystkich ustach, komentowana, przeinaczona, a plotką i skrzydlatym
ptakiem obmowy obleciała niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego
świata w mieście. Pomimo to, nikt nie wiedział nic jeszcze
dokładnie. Zaalarmowany pierwszy Ładyżyński, który, jako przyjaciel
domu Gowartowskich, a zarazem bywający wszędzie światowiec, osaczonym
był ciągle pytaniami, odbył dni temu parę istną sessyjną
konferencyę z marszałkową: Co czynić, by ocalić pozory?.. I
wówczas to postanowiono, co następuje:

Puścić natychmiast w świat niejasną pogłoskę o ślubie Oli z
Dzierżymirskim, i opowiedzieć wyjazd marszałkowej, która,
postanowiwszy już poprzednio przenieść się całkiem na wieś, teraz,
po naradzie z Ładyżyńskim, zgadzała się tę chwilę odjazdu swego
przyśpieszyć. Za parę dni właśnie przypadał czwartek, jour fixe
pani Melanii; łatwo było przewidzieć, iż towarzystwo cale, wobec
rozsiewanych zręcznie półsłówek o wielkiej powyższej nowinie, nie
omieszka, przywiedzione ciekawością i chęcią pożegnania czcigodnej
matrony, zawitać na jej salony...

  - Wówczas to wszystkim i każdemu z osobna damy do spożycia
  następującą pigułkę! - zadecydował wesoło na owej konferencyi
  pan Emil:

- Powiemy, że Ola i Dzierżymirski są już po ślubie, uznanym przez
rodzinę najbliższą i przez nią urządzonym, lecz cichym i bez
rozgłosu, a to na własne i wyraźne żądanie państwa młodych...

- Co się zaś tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy,
wytłumaczymy ją tem, iż dzisiejsi państwo Dzierżymirscy kochali
się w sobie na zabój od dawna, od lat, przypuśćmy, ośmiu... że
ojciec srogi nie chciał o związku tym słyszeć nawet, iż zmiękczony
wreszcie zgodził się nań... Pani marszałkowa nie była na ślubie,
no... bo jest słabego zdrowia, January zaś, w ostatniej chwili, gdy
jechał na kolej, zachorował... Państwo młodzi obecnie bawią
zagranicą. Gdzie? - nie wiemy. Pour dérouter - powiemy na przykład,
że w Szwecyi... Całą tę historyjkę, pani marszałkowa na przyjęciu
u siebie, a ja u innych, tegoż samego dnia i w tychże godzinach
ukoloryzujemy jeszcze należycie kilkoma pseudo-autentycznymi
szczegółami, no... et il faut espérer, że nam chyba uwierzą!..

Tak ostatecznie uradził Ładyżyński, a do ultimatum owego, uznawszy
jego słuszność, marszałkowa Warnicka zastosowała się ściśle
przez cały dzień dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjęcia.
Obecnie zaś w dalszym ciągu informowała przybyłego swego wspólnika
o wywiązaniu się z zadania i roli własnych, opowiadając mu zarazem,
jak wiele dnia tego odwiedziło ją osób ze świata, do tego stopnia
licznych, iż chwilami w ogromnym jej salonie brakło po prostu dla nich
miejsca.

- Każdy niemal po banalnym wstępie grzecznostek, pytał mnie o Olę,
nie przeoczył tego nikt -mówiła pani Melania, kończąc opowiadanie
swoje - aż w duchu sama śmiałam się z tego...

- Więc któż był? któż był? - pytał ciekawie Ładyżyński.

- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo całe, nie zawiódł nikt -
opowiadała dalej marszałkowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i
niemili, oraz nawet, którym się zdaje, że obecnością swoją czynią
mi łaskę najwyższą, raz na rok zaledwie bywając u mnie... i
lekceważąco na pozór przy tych wyrazach pani Melania machnęła
ręką...

Pan Emil zaś słuchał i nieznacznie uśmiechał się pod wąsem, znał
bowiem dobrze słabą stronę staruszki, którą gniewało zawsze, gdy
ktoś ze "świata," mieszkający stale w mieście, omijał jej dom w
wizytach.

- Par exemple... - odezwał się - ręczyłbym, że księżna Marya i
hrabiowie Doliwscy...

- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i książe Jerzy, hrabia
Alfred, księstwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córką i jej
narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego księcia Ryszarda S. z
Poznańskiego... A także Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... już nie
pamiętam wszystkich nawet... kończyła pani Melania, zadowolona w
duszy z szumnej nomenklatury.

- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, śmietaneczka ze śmietanki
naszej... Powinszować marszałkowej, powinszować... - rzekł z lekka
drwiąco pan Emil. -L'essentiel - ciągnął dalej, - że wszyscy, jak
przewidywałem, połknęli przygotowaną przez nas wiadomostkę.

- Wszyscy, bez wyjątku; robiłam przecież, co tylko mogłam -
potwierdziła pani Melania.

- A więc n... i-ni-c'est fini; nie pokażemy się my im tu tak prędko
na oczy; by sprawdzić to, co posłyszeli, Dzierżymirskich również
mieć nie będą, a zresztą - pan Emil niedbale poruszył ręką - tout
passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawieszą sobie nowe
sitko na kołek i... zapomną. Ainsi va le monde - dokończył, i
wyjmując srebrną z monogramem papierośnicę, ujął w palce
delikatnej swej ręki cienki papieros, uprzejmie pytając zarazem pani
domu: - Vous permettez?..

Marszałkowa, z uśmiechem, przyzwalająco kiwnęła głową.
Ładyżyński zapalił, i wypuściwszy z ust mały obłoczek dymu,
pogładził wytwornym ruchem ręki swe siwiejące już nieco, a
starannie wyczesane, bokobrody.

- Ja także, według programu, nie próżnowałem, - odezwał się po
chwili swobodnym tonem. - Wyszedłszy stąd temu godzin parę, byłem na
jour fixe u Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u księstwa Pilanich...
Zastałem tam wiele bardzo osób i wszędzie opowiadałem, naturalnie en
long et en large la nouvelle du jour, co należy, o Romanie i Oli -
bref, Januarek powinien być kontent ze mnie: wykryłem, jak, co i
dokąd wyfrunęła mu jedynaczka, teraz znów my z panią marszałkową
tuszujemy za młodą parą ślady, z kunsztem prawdziwie artystycznym...

- Że też pan wszystko z wesołej tylko strony bierze - nieco smutnie i
pobłażliwie jakby uśmiechnęła się pani Melania.

- Que voulez vous, pani marszałkowo, świat pełen dramatów i tragedyj
w teatrze i w życiu, że cóżby wartem było ono, gdybyśmy się
czasem starali przynajmniej komizmu choć trochę zeń wycisnąć -
odparł pan Emil, poczem zaś dodał: - Więc pani marszałkowa jutro na
Podole, do Ulanówki?

- Tak - potwierdziła pani Melania - do siebie jadę na dni kilka, potem
zaś natychmiast do Januarego, a pan wyjeżdża?.. Il faudrait.

- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na sześć tygodni...
Ale, a propos, cóż January?..

- Niespokojną jestem o niego - odpowiedziała marszałkowa - jak panu
wiadomo, bawił tu u mnie tylko dzień jeden; nazajutrz po otrzymaniu
smutnej wiadomości odjechał, pożegnawszy się ze mną, notabene,
bardzo chłodno, i odtąd żadnej odeń z Gowartowa nie mam wiadomości.
Może chory...

- Eee! cóż znowu!.. - okrzyczał się Ładyżyński - pani
marszałkowa niech będzie spokojną, poluje sobie na kaczki, i
jedynaczkę swą wydziedzicza. Dobrze robi zresztą, bardzo dobrze...
Wydziedziczać młodych! Niech nie lekceważą woli starszego
pokolenia!.. Wydziedziczać!.. dokończył pan Emil z patosem, i
powstawszy z fotelu, jednocześnie z panią Melanią żegnać się
począł.

- Uciekam już, bo mam jeszcze parę wizyt, ale...  Ładyżyński urwał
- Wszak pani marszałkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawdaż? -
mówił, całując z wdziękiem rękę staruszki - nie żegnam się
więc, będę na dworcu, może wypadnie coś ułatwić, dopomóc...

- Dziękuję panu, dziękuję bardzo - odparła z uśmiechem pani
Warnicka - do miłego zobaczenia się. .

Pan Emil, z cylindrem w ręku, ukłonił się u drzwi raz jeszcze,
poczem jego elegancka, opięta w tużurek, zgrabna sylweta zniknęła za
portyerą salonu.

Znalazłszy się zaś przed domem, na ulicy, Ładyżyński wskoczył
pośpiesznie do oczekującej nań dorożki na gumach, i rzuciwszy
niedbale adres, kazał się wieźć dalej.

Już na ulicach i w magazynach jaśniały rzęsiście światła, gdy w
dwie godziny później wysiadał z tegoż pojazdu przed piękną
kamienicą w śródmieściu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaż,
skierował się w bramę czteropiętrowego domu, gdzie na pierwszem
piętrze zajmował eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.

Mały, zwinny chłopczyna, ubrany w liberyjną, ze złotemi guziczkami,
granatową kurtkę, przekomarzał się właśnie na dziedzińcu, z
którąś chichoczącą młodszą, gdy pan jego zjawił się nagle w
bramie, a ujrzawszy śmiejącą się dwójkę, pogroził jej laską, z
uśmiechem. Służąca zaśmiała się zalotnie i głośno, lokajczyk
zaś pędem porwał się z miejsca i poleciał na górę, w parę minut
później, z pokorną miną, otwierając drzwi Ładyżyńskiemu.

- Ej, malutki!.. pogroził mu znów palcem pan Emil, poczem, zdjąwszy
paltot, zapytał: - Był tu kto?

- Owszem, proszę jaśnie pana, oto bilety odparł chłopak
pośpiesznie, podając małą tackę ze stołu.

Pan Emil obojętnie przerzucił kilka biletów.

- Aaa!.. zadziwił się głośno przy jednym z nich, poczem odłożył
wszystko na bok.

- Frak od krawca przynieśli? - zapytał jeszcze - wyprasowany?

- W sypialni u jaśnie pana powiesiłem - objaśnił mały lokajczyk.

- Dobrze. Siedź tu, smyku, i nie łobuzuj się!.. rzekł Ładyżyński,
a minąwszy przedpokój, zatrzasnął za sobą drzwi od gabinetu,
prowadzącego do sypialni i ubieralni, gwiżdżąc jednocześnie pod
nosem aryę z modnej podówczas operetkowej premiery.

Jako szanujący się kawaler, pan Emil, stale żadnego wieczoru nie
przepędzał u siebie w domu. Dziś zatem również wybierał się na
raut artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynający się
już o dziesiątej.

Dziewiąta właśnie biła na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil
więc, znalazłszy się w gustownie umeblowanej sypialni, przystąpił
natychmiast do tualety swej wieczorowej.

W tym celu wygodnie zasiadł na foteliku przed małą gotowalnią,
przepełnioną wytwornymi, w srebrnych pudełkach i przykrywkach,
przyborami tualetowymi.

Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroił się na
raut, marszałkowa, po wyjściu ostatnich, zapóźnionych, gości,
przykazawszy pogasić światła, odpoczywała na kanapce znużona, po
dniu tak pełnym dla niej zmęczenia i wysiłków. Oparłszy głowę o
poduszki mebla, pani Melania, położyła się, i wyciągnąwszy
wygodnie swe członki, przymknęła powieki, stan zaś błogi nie
krępowanego niczem spoczynku owładnął nią bezpodzielnie.

Jak szum niknący, daleki, w uszach jej tylko brzmiał jeszcze gwar
prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywały urywki z dali, a przed
oczyma majaczyły, zmieniając się kolejno, postacie, zaludniające w
ciągu kilku godzin jej salony...

Ponownie zatem widziała przed sobą staruszka w sąsiednim pokoju tłum
elegancki, rozbawiony...

Mile pieścił on wzrok wytwornym wdziękiem kobiecych tualet,
szeleszczących łagodnie, a zgoła nie krzyczących barwą i gustownych
- nęcił powabem na jedną modłę elegancko skrojonych ubiorów
męskich, pławił się cały w estetyce ogólnej manier, ukłonów, w
szablonie światowej salonowej komedyi, a poprawny - nie raził niczem
harmonii, w całości swej nie wywołując również wcale fałszywo
brzmiących zgrzytów. I uśmiech pół gorzki, pół smutny, w
zamyśleniu okolił wąskie usta marszałkowej Warnickiej.

Jak nicości pełnem bowiem wydało jej się teraz, w oświetleniu
dzisiejszej złośliwej ciekawości, to całe towarzyskie stado,
kryjące swą przewrotność pod blichtrem i szychem zewnętrznych
pozorów, jak mało godnem żalu i marnem!

Ach, bo ileż schowanej zręcznie złości, tłumionych chęci
sponiewierania rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego
fałszu kryło się w duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej
światowych pseudo-przyjaciół i gości!..

Marszałkowa czyniła dalej w myśli przegląd galeryi osobników,
widzianych na dzisiejszem przyjęciu; we wspomnieniu ich słów,
wyrazów twarzy i gestów powtórnie czytała, zda się, ukryte myśli
przybyłych; moralnie obnażała ich wszystkich, starając się zarazem
znaleźć, przypomnieć choć jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego
uczucia, wykwitły wśród tych chwastów obłudy!..

Nie znalazła nic podobnego jednak. Były tam tylko same śmiecie.

Pani Melania, dumając w ten sposób, miała oczy wciąż przymknięte,
niebawem znużenie wzięło górę nad jej myślami, głowa staruszki
pochyliła się na piersi, cichy mrok wieczoru otulił postać
marszałkowej. Zdrzemnęła się.

W kwandrans może później, w milczeniu wypoczywających po najściu
gości apartamentów, rozległ się; silny odgłos dzwonka... Staruszka
rzuciła się z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy,
poczęła wsłuchiwać się w mącący ciszę odgłos.

W drzwiach buduaru po chwili stanął lokaj i zaanonsował:

- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, że chciałby koniecznie widzieć
się z jaśnie panią.

- Proś, proś natychmiast tutaj! - rzekła żywa marszałkowa i
równocześnie powstała z kanapki. Lokaj wyszedł.

Zadowolenie, połączone z ciekawością osiadło na twarzy staruszki.

Bolesław Krasnostawski, syn szkolnego kolegi  nieboszczyka marszałka,
a zaprotegowany ongi przez nią samą na zajmowaną dotąd posadę
ogólnego i głównego zarządcy dóbr pana Januarego, nareszcie więc
przynosił jej wiadomość o bracie!..

Młodzieniec, lat dwudziestu ośmiu, ciemny brunet, ogorzały i
przystojny, z dziarsko do góry podkręconym wąsem, stanął na progu.

- Sługa pani marszałkowej, moje uszanowanie - przemówił swobodnie, i
podbiegłszy, ucałował z szacunkiem rękę staruszki.

Ubrany był niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy zaś jego, oraz
sposób mówienia, zdradzały człowieka, choć nie obytego może
zupełnie z wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego.

- Kochany mój panie Bolesławie, - zaczęła staruszka, zwracając się
dobrotliwie ku przybyłemu - siadaj, proszę, i mów, mów jak
najprędzej, co słychać?..

Młody człowiek, widząc zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzekł
pośpiesznie:

- O, nic złego... zupełnie nic złego, pani marszałkowo, ale... i nic
również dobrego - dokończył wahająco i ostrożnie.

- Jak to?.. -- zapytała pani Melania. Krasnostawski oczy spuścił, i
ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, długiemi rzęsami, mówić
czął zwolna:

- Pani marszałkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotknął
pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli...

- Więc pan już wiesz?.. Skąd? - z okrzykiem niepohamowanego
zdziwienia, wyrwało się staruszce, pytanie.

Coś niemiłego snać dla ucha młodzieńca zabrzmiało nagle w tych
kilku słowach, bo nie podnosząc oczu, jakby nie chcąc onieśmielać
marszałkowej swym wzrokiem, spokojnie i poważnie odrzekł:

- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie mając nikogo, zwierzył się z
troski własnej, naturalnie pod słowem honoru z mojej strony, że
słówkiem nawet o tem nikomu nie wspomnę...

Krasnostawski zatrzymał się chwilkę, i ciągnął dalej:

- Obowiązki, jakie mam dla całej rodziny państwa, szacunek i
poważanie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowią, chyba
dość trwałą rękojmię, iż słowa dotrzymam... I... o tem... nikt z
państwa, przypuszczam, nie wątpi... - dokończył młody człowiek,
podnosząc tym razem wzrok, jasny i pytający na marszałkową.

- Ależ naturalnie, panie Bolesławie, naturalnie! - skwapliwie
pośpieszyła z odpowiedzią staruszka. - Lecz mówże mi pan, co się
tam w Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapytała niespokojnie.

- To, pani marszałkowo, że z panem Gowartowskim jest źle... - i
Krasnostawski, spuściwszy znów wzrok, ciągnął dalej:

- Pannę Olę, jak pani marszałkowej wiadomo, ojciec kochał bardzo,
prawie, że bałwochwalczo; otóż skutki wypadków ostatnich bardzo,
bardzo silnie odbiły się na nim. Nic go już prawie teraz nie zajmuje,
ani gospodarstwo, ni wieś, ni inne zajęcia, do sąsiadów nie jeździ,
u siebie nikogo nie przyjmuje - słowem obecnie z niego zupełnie inny
człowiek...

Krasnostawski przerwał opowiadanie, jakby namyślając się, co mówić
dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na dół spuszczonym,
milczała.

Po chwili wahająco ciągnął dalej:

- Wobec tego samotność dla pana Gowartowskiego jest wprost zabójczą,
koniecznie potrzebuje on nieustającego towarzystwa, jednem słowem -
potrzebuje obok siebie przyjaciela.

Krasnostawski ponownie zatrzymał się na sekundę.

- Moja osoba nie wystarcza - mówił dalej - zajęcia liczne, mieszkanie
nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje...
tu po twarzy młodego człowieka przemknął lekki cień - wszystko
składa się na to, iż pan Gowartowski, choć zawsze dla mnie tak samo
łaskaw, jest obecnie moralnie bezustannie - sam...

Z pod oka, przelotnie, spojrzał Krasnostawski na marszałkową. Z
misyą nader delikatną i przykrą przybył on tutaj; w kieszeni surduta
palił go własnoręczny list pana Januarego, w którym ten ostatni,
żywiący jeszcze do siostry bardzo głęboką urazę za spełnione
wypadki, pomimo wszystko, w głębi duszy posądzający nawet
staruszkę, iż była, może w tajnej zmowie z jego córką -
delikatnie, lecz stanowczo, odmawiał jej gościnności u siebie, wobec
zapowiedzianego przez nią przyjazdu do Gowartowa.

Krasnostawski o zawartości listu wiedział, w chwili żalu bowiem
Gowartowski wypowiedział mu wszystko, ba, polecił jemu nawet, jako
protegowanemu i lubianemu przez marszałkowę, napomknąć jej o tem
przed wręczeniem listu.

Przerwawszy na chwilę opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie
zastanawiał się właśnie, czy poruszyć w rozmowie, lub nie, temat
drażliwy. Postanowił jednak nie czynić tego wcale, a natomiast,
czując, że na ustach domyślającej się już czegoś: marszałkowej,
zawisa jakby jakieś pytanie, by powstrzymać je, odezwał się
pośpiesznie:

- I dlatego, pani marszałkowo, polecił mi pan January, łącznie z
innymi interesami, powoływującymi mnie tutaj, zaprosić do Gowartowa
na czas dłuższy pana Ładyżyńskiego, jego bowiem obecności tylko
pragnie, jako prawdziwego swego przyjaciela... Muszę zatem być dzisiaj
u niego w tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana
Ładyżyńskiego niewątpliwie znanym jest pani marszałkowej?..

Słowa powyższe i pytanie ostatnie zabrzmiały w ustach młodzieńca
pomimo woli zimniej nieco. Nerwami uczuł chłód jakby w zachowaniu
się staruszki, milczącej wciąż od chwili, gdy jej powiedział, iż:
wie o wszystkiem. Gniewało go to spostrzeżenie i raniło dotkliwie
dumę jego.

Wypowiedziana głosem miarowym, a wskazująca ulicę i numer domu,
zamieszkałego przez pana Emila, zabrzmiała odpowiedź marszałkowej.

Krasnostawski zerwał się natychmiast i rzekł szybko:

- Dziękuję stokrotnie pani marszałkowej...

Z udaną zaś swobodą, powodowany silnem życzeniem wycofania się
stąd co prędzej, ciągnął żywo dalej:

- Nie zajmuję już więcej czasu pani marszałkowej, zapomniałem
zupełnie, wszak to dzisiaj czwartek, dzień przyjęć - uciekam...

- Ach, tak... - z uśmiechem protekcyjnym nieco rzekła sędziwa
matrona. - Ale już po wszystkiem, wszak wieczór nadchodzi...

- Tak... tak, prawda, zapomniałem - bąknął Krasnostawski, sięgając
jednocześnie ręką do kieszeni. - Przepraszam najmocniej panią
marszałkową dobrodziejkę, cóż za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy!
Byłbym zapomniał... Mam list od pana Gowartowskiego, służę pani
marszałkowej.

Pani Warnicka schwyciła list, Krasnostawski jednak równocześnie
pochylił się do ręki jej, w ukłonie.

- Do widzenia, mój panie Bolesławie, do widzenia! - z roztargnieniem
pożegnała go staruszka, podając mu rękę do ucałowania, poczem zaś
gorączkowo rozerwała kopertę.

Młody człowiek już był na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na
marszałkową, zdążył był jeszcze dojrzeć na jej twarzy rumieniec
oburzenia, zakwitły tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy.
Dostrzegłszy to, młody plenipotent, jak szczupak w wodę, rzucił się
całem ciałem w ciemności sąsiedniego salonu, pobiegłszy zaś na
palcach do przedpokoju, chwycił paltot swój i umknął z mieszkania.
Na schodach dopiero odetchnął.

- Uf! wyrwałem się wreszcie... - szepnął. - Ładniebym się ubrał,
gdyby tak przy mnie list czytała!..

W ślad zatem wypadł na miasto, a mijając ulice jednocześnie
pogrążał się w myślach.

Wywołana wspomnieniem apartamentów marszałkowej, stanęła mu nagle
przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczyło jej głębokie i zalotne
spojrzenie, którem, jak wielu innych zresztą, witała i jego, gdy
przypadek łączył ich kiedy na chwilę.

Krasnostawski od kilku już lat znał córkę pana Januarego;
etykietalne utrzymując stosunki z pałacem Gowartowskim na wsi,
widywał ją rzadko, najczęściej z daleka, na spacerze, w kościele,
lub przelotnie w powozie - kilka razy u marszałkowej w mieście.
Podobała mu się piękna panna, bo komuż zresztą nie potrafiła ona
się przypodobać, pełna wdzięku, uprzejma i zalotna?.. Przedstawiała
poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie kochał się w niej jednak
bynajmniej, za trzeźwym był na to; choć z upokorzeniem dumy własnej,
stanowisko swe podrzędne oceniać potrafił, a jednak...

Ździwiony analizą duszy własnej, przyznać się sam przed sobą
musiał, że wieść o ucieczce i ślubie Oli zabolała go, a raczej,
bezpodstawnie na pozór, po prostu rozgniewała.

Rozmyślając w ten sposób, Krasnostawski wszedł do kamienicy,
wskazanej przez marszałkową. Za parę chwil znalazł się już na
pierwszem piętrze, ledwie jednak zadzwonił u drzwi apartamentów
Ładyżyńskiego, w ramie ich, natychmiast prawie, w cylindrze i
paltocie, ukazał się pan Emil, jak zwykle uśmiechnięty ironicznie i
z pogodą na czole.

- A!.. pan Bolesław, herbu Rawita, powitać, prawico Januarego de
Gowartów-Gowartowskiego, powitać!.. - i uścisnął serdecznie
wyciągniętą rękę młodzieńca.

- Przepraszam, że nie proszę pana kochanego do siebie, lecz postacią
swoją do odejścia gotową wypędzam go raczej, lecz powody ważne... -
tu pan Emil uczynił obydwiema rękami ruch półokrągły, -
skłaniają mnie do tego! - dokończył, i mówiąc to, elegancko
zamknął drzwi przed nosem Krasnostawskiemu, a uśmiechnąwszy się pod
wąsem ciągnął dalej wesoło, poufale wsunąwszy zarazem rękę pod
ramię Krasnostawskiego.

- Nie gniewasz się na mnie, kochany panie Bolesławie, wszak prawda?..
Spieszę na raut; no, mówże tam, co słychać?.. Kochany Januarek
cóż tam porabia, poluje; weseli się, czy smuci?

Krasnostawski już chciał wypowiedzieć, z czem przyszedł, gdy
Ładyżyński znowu odezwał się żartobliwie:

- Ale, zaiste, pysznie pan wyglądasz, jak rydz w maśle, powinszować!
Nadobne grodu naszego mieszkanki lgnąć będą do pana, jak pszczółki
do miodu! Słyszałem o pańskich sprawkach za studenckich czasów, za
młodu! - tu poklepał z lekka młodzieńca poufale po plecach -
słyszałem - powtórzył - nie będę więc wzajemnie nudził pana
swoją osobą, opowiesz mi pan en règle, lecz szybko, co cię do mnie
sprowadza, a posiedzenie to odbędziemy w dorożce. Podwiozę pana...
Zgoda?

- Ależ i owszem, dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, z
pośpiechem.

Znajdowali się już na ulicy, pan Emil skinął na stangreta parokonnej
dorożki, rzucił adres, i pojechali.

Ruchem codziennym wrzało wkoło nich strojne wesołe miasto:

- Słucham pana - rzekł Ładyżyński.

Młody człowiek w krótkich słowach opowiedział mu o niepomyślnym
stanie zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy
zaś tylko o liście do marszałkowej, zakomunikował zaproszenie do
Gowartowa.

Skrzywił się lekko przy ostatnich słowach pan Emil i odrzekł:

- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyć drogiego Januarka, ale
właśnie wyjeżdżam za granicę i przyznać muszę, że na razie
wybrał on się z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy
zresztą... Co pan wiesz, - tu spojrzał uważnie na Krasnostawskiego -
o pani Oli i Dzierżymirskim?..

Zapytanie to postawionem było bardzo zręcznie mówiło nic, a pytało
wiele. Krasnostawski natychmiast poinformował krótko i zwięźle pana
Emila, iż wiadomem mu jest wszystko.

- Aaa!.. - wyrwało się tylko z ust Ładyżyńskiego, i dodał
ironicznie:

- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o płaszczu gronostajowym
przywiązania dziecinnego, szalonej miłości młodzieńczej, weselu pod
niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odzieży codziennej, ukrytej
przez nas starannie przed plotką, jedną - purpurą drugiej; zatem
wobec tego, możemy mówić szczerze...

- Widzi pan - tu Ładyżyński spojrzał znów na Krasnostawskiego,
jakby pragnąc się przekonać, czy warto wywnętrzać się przed nim -
ta cała rozpacz "górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya
przywiązania do córki i ów od początku do końca poemat "zbolałego
ojcowskiego serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy
fajerwerk romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od początku do
końca jednym nonsensem. Czy nie miała racyi?

Krasnostawski milczał.

- Pieścili dziewczynę - ciągnął w tym samym tonie Ładyżyński -
upodobała sobie Dzierżymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To
trudno, panie, kobiety także mają serca i temperament... Zachciało
się Oli ładnego chłopca - nie dali jej go - wzięła go sobie sama, a
raczej wziąć się pozwoliła... Niech Januarek lepiej dziękuje i
śpiewa Hosannę na wysokościach, że bez plebana się nie obeszło!
Lub niechże nawet gniewa się, i wydziedziczy córunię, lecz nie
lamentuje, bo to i nie po męsku, i wcale nie ma sensu! Dixi. To moje
zdanie. Cóż na to pan, panie Bolesławie, herbu Rawita?..

Krasnostawski zżymnął się niecierpliwie; denerwował go zwykle ton
rozmowy Ładyżyńskiego, dziś jeszcze bardziej rozgniewał go
przycinek "herbu Rawita", będący widoczną alluzyą do używanych
niegdyś przez niego biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .

Podrażniony zatem, siląc się na spokój, odparł zimno:

- Przepraszam, ale całkiem inaczej i zupełnie przeciwnie zapatruję
się na tę sprawę, oraz rozumiem doskonale pana Januarego.

- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszać, wiedziałem tylko, że i z
kochanego pana także romantyk; w takim razie w korcu maku dobraliście
się razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgoła potrzebny
nie jestem, doskonale się tam obadwa rozumiecie...

- Ale, cóż znowu! - przerwał żywo Krasnostawski, bojąc się, czy
czasem mimo woli nieostrożnem słowem nie zepsuł danego sobie
polecenia. - Mogę być tych samych zapatrywań na tę sprawę, co i pan
Gowartowski i odczuwać jego charakter, lecz przecież w żadnym razie
nie potrafię zastąpić szanownego pana, który jest tak dobrym jego
przyjacielem...

- No tak, tak..., - urwał z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez
litości, nic stałego na tej ziemi, prócz przyjaźni i miłości;" to
wszystko nader pięknie brzmi i wygląda, lecz mego zdania, ja
osobiście nawet dla przyjaźni zmieniać, niestety, nie uważam za
stosowne. Czy zaś ono Januarciowi się spodoba - grubo wątpię..

Dorożka w tej samej chwili zatrzymała się.

- No, kochany mój panie Bolesławie, addio!.. - odezwał się
protekcyjnym nieco tonem Ładyżyński podając Krasnostawskiemu rękę.

- Zakomunikuj pan z łaski swojej mój sposób widzenia rzeczy panu na
Gowartowie, a jeśli potem jeszcze znać mnie będzie chciał - niechże
mi napisze, a może przyjadę...

Wysiedli obaj. Pan Emil uchylił cylindra i skierował się ku bramie,
na progu zaś jej rzucił jeszcze młodemu człowiekowi, tym razem
jednak przyjaźniej nieco:

- A trzymaj się tam pan dzielnie, ba płeć nadobna ma tu na
wieśniaków wilczy apetyt!.. Au revoir...

Ładyżyński znikł, Krasnostawski pozostał sam ulicy. Rozejrzał
się...

Był w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór już
rozpoczynał swe panowanie, nadchodziła noc, wielki gród żarzył się
setkami świateł; środkiem ulicy pędziły pojazdy, po chodnikach
szerokich zwartą gromadą wymijał go pośpiesznie tłum ludzi.

Piękne, zgrabne mieszczanki prawie że ocierały się o niego,
rzucając co chwila zalotne spojrzenia na ładnego chłopca. Niewiele
jednak z nich szło samych, większość miała już przy sobie
czulących się towarzyszy, szepczących im z uśmiechem słodkie
słówka.

Pod wpływem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli
przejrzał się uważniej w witrynie jednego z okazalszych magazynów, a
zadowolony z przeglądu własnej osoby, spojrzał wesoło przed siebie.
Jakieś puste pragnienie zabawienia się, oszołomienia, podobnie tym
wszystkim, snującym się parom, owładnęło nim.

Przekształcony okolicznościami życia w wieśniaka mieszczuch
przypomniał sobie naraz lata dawne, studenckie, pełne niefrasobliwego
jutra i wesołych kawałów, a choć przeplatane często biedą i
głodem, bogate jednak w miłość i swobodę!

Bawiąc przelotnie w murach miasta, którego każdy zaułek znał na
pamięć, a mijających go mieszkańców, szczególniej kobiety, jednym
rzutem oka nieomylnie segregował, jak znawca, - zapragnął nagle
Krasnostawski napić się koniecznie z musującego uciech miłosnych
kielicha.

I mimo woli młody człowiek począł uważniej przyglądać się
kobietom. Ubrane "szykownie", cienkie w talii, wysmukłe i zgrabne,
mijały go one, śmiejące się i wesołe, uprawiając z zamiłowaniem
flirt uliczny, skrzący się miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak
poza nim na każde spojrzenie przystojniejszego mężczyzny,
odwzajemniające mu się zalotnem źrenic błyśnięciem - "oczkiem" i
obiecującym nieraz wiele uśmiechem.

A rozmaitość dzisiaj była wielka. Wieczór przedświąteczny,
pogodny, lwią część właścicielek nadobnych twarzyczek wywabił na
pierwszorzędne ulice - na wspólną arenę letniego jakby "demisalonu"
pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, śniade,
czarnobrewe, blondynki, powiewne - białe, szatynki, o ruchach
omdlewających, a wszystkie prawie ubrane elegancko i z pewnym,
właściwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone, żwawe - sunęły
przed zachwyconym wzrokiem wieśniaka.

I od tego rozpędzonego, barwnego, poruszanego jakby tajną jakąś
sprężyną tłumu, bił na Krasnostawskiego świeży, bo odzwyczajeniem
dłuższem starty, urok; nozdrza grać mu poczęły, wchłaniał w
siebie niewyraźny, niepochwytny powiew, sunący jakby ponad głowami
publiczności, gorętszem okiem patrzył w twarz kobietom, swawolnie i
niechcący, na pozór, zaglądał im prosto w oczy...

Co zaś przeważnie czytał w owych czarnych, szarawych, fijołkowych i
modrych oczach, z natury już swej, zalotnych, bynajmniej nie zrażało
go do tej; czynności.

- Pójdź, pójdź, nie zrażaj się pozornie skromną minką, bądź
odważnym, śmiałym, a może... może... - szeptały, zda się, cicho
wejrzenia nieśmialsze, gorejąc ogniem, nieprzeparcie ciągnąc ku
sobie; daleko więcej jeszcze mówiły spojrzenia inne, a wszystkie
razem, wyzywane śmiałym wzrokiem mężczyzny, całować go jakby się
zdawały, obiecując miłość-pieszczotę!...

Ruchliwą falą w pewnych godzinach przelewający się przez ulice
miasta, a obejmujący sobą oddzielną warstwę wracających z zajęcia
pracownic różnej kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roił
się dalej przed oczyma jego kobieco-dziewczęcy światek, i coraz
bardziej liczny, barwniejszy - obejmował go swym ruchomym uściskiem. I
młody człowiek, ulegając stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom
dawnym, a związanym ściśle z tymże samym światkiem, zapomniał o
wszystkiem.

Znikły mu z pamięci Gowartów, pan January, marszałkowa,
Ładyżyński, Ola, a odżył w nim tylko dawny łobuz i bałamut,
żądny swawoli i użycia.

Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujętych małą rączką, a
odkrywających modelowaną ślicznie, zgrabnie obutą, w ażurowej
pończoszce, nóżkę, otarła się prawie o Krasnostawskiego wysoka
dziewczyna, smukła, jak gazella, czarnowłosa, i rzuciła
młodzieńcowi przelotne spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, palący ,
śmiały, rzuciła mu takie same drugie, uważniejniejsze jednak,
gorętsze. Z dwojga par młodych oczu posypały się iskry, a panu
Bolesławowi stanęło w tej chwili w mózgu, nieodwołalne ultimatum:
Ta, lub żadna!

Puścił się w pogoń za piękną dziewczyną. Dognał ją niebawem,
zajrzał w oczy raz, drugi, trzeci, i począł iść w ślad za nią.
Przy zbiegu jednak ulic kilku, dziewczę skręciło nagle w bok i
znikło w bramie domu.

Zawiedziony i zły, Krasnostawski obrócił się na pięcie, a
włożywszy rękę w kieszenie od palta, z humorem przystanął. W
oddali zachęcająco zieleniał ogród śródmiejski, jakby zapraszając
gościnnie.

Młodzieniec skierował się w tę stronę, i w dziesięć minut potem
wchodził już w bramę ogrodu.

O tej wieczornej i spóźnionej już porze cienie jago, tajemnicze i
ciche, pochłonęły Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego
doleciały jednocześnie, z pogwarem drzew szumiących splecione,
jakieś szelesty, i szepty, i przyciszone gwary...

To przytulone do siebie, tam i ówdzie po ławkach siedząc samotnych,
gruchające przeróżne "pary" fabrykowały najczęściej udaną, rzadko
szczerą miłość... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny,
tam znów, w kontraście subtelniejszy, miękkszy, ten sam flirt
brukowy, rdzennie miejscowy, musował, kipiał po kątach ogrodu,
przyczajony do tego stopnia, iż w niektórych alejach dla uważnego
słuchacza grała po prostu, zda się, powszechna jakby i wspólnie
harmonijna nuta, złożona ze szmeru pocałunków, głośniejszych
półsłówek, namiętnych protestów, zgody cichej, lub srebrzystego
śmiechu...

Odgłosy te, drgając w powietrzu, leciały cicho ku wierzchołkom
drzew, z których co chwila gdzieniegdzie spadał wolno pożółkły
liść wczesnej jesieni, - jakby pragnąc przypomnieć bawiącym się tu
ludziom, o końcu wszystkiego na świecie.

Przeszedłszy się po ogrodzie, Krasnostawski usiadł na jednej z
ławek. Zmęczonym był nieco... Przyjechał kilka godzin temu zaledwie.
Marszałkowa, Ładyżyński, piękna nieznajoma, gwar miasta - wszystko
to znużyło młodzieńca, przywykłego od lat paru do ciszy i
regularnego wiejskiego życia.

Wyjąwszy papierośnicę, zapalił papierosa, ziewnął, a spojrzawszy
obojętnie na siedzących obok na ławce sąsiadów, wpadł w mimowolną
zadumę.

W myślach stanęła mu nagle własna przeszłość w tem samem mieście
i przed oczyma migać poczęły przeróżne minionych lat obrazy.

Ujrzał zatem siebie maleńkim, u rodziców jeszcze, chłopcem, potem
gimnazistą, a następnie akademikiem. Oblicza rozpierzchłych gdzieś
po świecie, a dawno niewidzianych kolegów zamajaczyły mu żywo,
wspomniał ich przywary, zalety charaktery i serca...

W kalejdoskopie wspomnień odbiło się, przesunęło również, kilka
twarzyczek kobiecych, parę szałów, niepomnych jutra, gorączkowych,
pieniących się wówczas rozkoszą, płomieniem uczucia, a dziś
spopielałych już i zagasłych zupełnie.

A wszystko w tem mieście, z którego murami zżyła się, zrosła jego
dusza. Dla chleba porzucił kolebkę dzieciństwa - młodości...

- Cha!... - westchnął głośno młody plenipotent gowartowski, poczem
instynktownie obejrzał się wokoło, i jakby nieco zawstydzony swem
westchnieniem, z pod oka uważnie popatrzył na swoich sąsiadów.

Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuniętym na oczy, w
wyszarzałej kapocie i z rękami w kieszeniach, drzemała jakaś męska
figura, z głową, wciśniętą w ramiona, zgarbiona, o nędznej
powierzchowności; był to zapewne pijak jaki ululany, lub może biedak
bezdomny; z przeciwległego zaś krańca ławki jakiś staruszek
zbierał się do odejścia...

- Przepraszam pana, która godzina? - zapytał go Krasnostawski,
pamiętając, iż zegarek zostawił przez roztargnienie w hotelu.

Staruszek malutki, siwiuteńki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerknął
przyjaźnie na młodego człowieka, oczy przymrużył i roześmiał się
głośno i dobrotliwie.

- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzucił w ślad za tem - nie przyszła...
Ba!... la donna è mobile... - szczerze zaśmiał się jeszcze do siebie
i podreptał dalej, nie odpowiadając na pytanie młodzieńca.

- A to ci mantyka  jakiś ! - uśmiechnął się Krasnostawski i
wzruszył ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamyślił
się znowu.

Tymczasem w tej samej właśnie chwili siadała obok niego wysoka,
zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodzący staruszek wygłaszał swą
sentencyę, pośpiesznie przechodziła ona drogą, a usłyszawszy
głośno wyrzeczono słowa, zwróciła uwagę na siedzącego
młodzieńca i uważnie spojrzała nań; poczem zwolniła kroku, a po
przelotnej wahania chwilce usiadła na ławce. Teraz zaś, uporczywie z
pod oka, patrzyła na Krasnostawskiego.

Ten zaś poczuł snać na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po
chwili machinalnie obrócił głowę w jej stronę.

Na widok nowej sąsiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbił się na
jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawać się zdawał
piękną nieznajomą sprzed półgodziny. Spojrzenia młodych
skrzyżowały się. Z czarnych źrenic ładnej dziewczyny posypały się
iskry, poczem opuściła na oczy powieki, z rzęsami długiemi.

Krasnostawski jednak milczał w niepewności.

- Nie, to nie ona - myślał - tamta, smukła gazella, piękniejszą
była, lecz ta znów... tu spojrzał przeciągle na dziewczę - kto wie,
czy nie ponętniejsza, milsza?... Bez wątpienia... co za oczy!... -
dopowiedział sobie w duchu.

Nie ruszał się jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wydała mu się
dziwnie nieprzystępną - przynajmniej z powierzchowności. Ubrana była
z miejskim szykiem, przeciętnym wprawdzie, ale nie rażąco bynajmniej,
całkiem ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jakąś nieujętą jakby
dystynkcyą.

Tak się zdało Krasnostawskiemu.

W tej samej chwili nieznajoma podniosła nań znowu oczy. Powoli
zdjęła woalkę, wciąż paląc spojrzeniem pięknych, dużych źrenic
i westchnęła cicho...

Krasnostawski instynktownie przysunął się do dziewczęcia bliżej. W
parę jednak sekund później, raz jeszcze przyjrzawszy się delikatnemu
profilowi nieznajomej i przywoławszy w pamięci całe swe znawstwo
dawnego "don-juana", zawyrokował w myśli: - "szyk facetka, ale szkoda
czasu," i obojętnie zgasłego zapalił papierosa.

Poza tem, przed godziną pełen werwy i animuszu, teraz czuł się
zmęczonym i spać mu się po prostu chciało, rój myśli zaś,
poruszonych niedawno, bezustannie mącił mu się w głowie. Ziewnął
więc przeciągle i zamierzał już powstać, gdy oto nagle, prosząco,
posłyszał wyrzeczone głosikiem dźwięcznym swej sąsiadki:

- Przepraszam pana... ale.... nie mogę dać sobie sama rady... Czy...
nie byłby pan tak uprzejmym i grzecznym zwinąć mi parasolkę?...

Słowom tym towarzyszył wyraz twarzy, pełny milutkiego wdzięku i
przybranej okolicznościowo zaambarasowanej niby nieśmiałości;
zatrzymała się pytająco...

Widząc jednak na obliczu młodego człowieka uśmiech i wyciągniętą
już rękę po parasolkę, dokończyła zalotnie, podając mu ją:

- Tylko... tak ładnie... cieniutko...

- Pan się dziwi, zapewne - dygnęła już śmiało, lecz z tym samym
nieokreślonym nieco twarzy wyrazem, - że ja, nie znając pana,
ośmielam się, pomimo to, trudzić go... ale...

- Boli rączka? - podchwycił Krasnostawski śpiesznie i pochylił się
ku dziewczęciu, z uśmiechem.

W oczach dziewczyny zapaliły się skry, nerwowo zadrżały jej
wiśniowe usta i rozchyliły się kusząco... Zaśmiała się...

- Tak, mam reumatyzm w prawej dłoni... - odparła z powłóczystem
spojrzeniem.

I rozmowa w ślad zatem potoczyła się gładko... Krasnostawski poczuł
się w swoim żywiole, wpadł w zapał, dowcipkował, śmiał się,
opowiadał. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinała mu się
dowcipnie, podtrzymywała rozmowę...

Gwar dwojga młodych odbijał się echem po coraz to pustszym ogrodzie;
śpiący dotąd spokojnie na ławce sąsiad ich, bezdomny biedak,
zbudzony, zaklął z cicha i bez ceremonyi położył się na ławce,
jak długi.

Wespół z towarzyszem roześmiało się piękne dziewczę. Powstali.

Pobłądziwszy zaś samotnie po alejach ogrodu, w pół godziny
później wychodzili z niego, ochoczo i żwawo, na pustą ulicę,
trzymając się pod ręce, po przyjacielsku już zupełnie. Młody pan
plenipotent gowartowski skinął na stojące opodal "gumy", kazał
stangretowi podnieść budę, wsiadł do powozu razem z piękną nową
znajomą, rzucił adres - i pojechali...

Gdy w ten sposób odżyły w wieśniaku łobuz zabawiał się swobodnie
w wesołym grodzie - na Ukrainie, w pałacu gowartowskim, który
zaledwie opuścił był dwa dni temu, w tą samą noc wrześniową,
pomimo spóźnionej już wielce pory, paliły się, jeszcze światła.

Po obszernych komnatach dużego piętrowego domu, otoczonego cienistym
parkiem, przechadzał się, zamyślony, pan January Gowartowski, z
rękami założonemi na piersiach. Kłaść się na spoczynek wcale nie
miał ochoty, od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomości
o ślubie Oli, sen, wypłoszony cierpieniem i myślami, bezpowrotnie,
zda się, uleciał od powiek starca.

Pan January już od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domowników,
nie sypiał wcale. Chodził po pustych komnatach, myślał, czytał,
czasami wychodził na przechadzkę, błąkał się po polach, z rzadka
bardzo polując do świta na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce,
oddając się teraz tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby
zniechęceniem.

By sobie zaś te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaicić, pan
January wziął się do pisania własnych pamiętników, a sunąc
piórem po papierze i godzinami zapełniając go swem drobnem pismem,
nieraz potem, znużony, zasypiał przy biurku, i tak go nazajutrz nad
ranem zastawał lokaj. W ciągu dnia zaś wyraźnie nudził się coraz
bardziej; czasami odwetował sobie długie białe noce ciężkim snem po
obiedzie; poza tem nie wyjeżdżał nigdzie, ani do sąsiadów, ani
nawet do kościoła, nikogo również nie przyjmując.

W pałacu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwiąc
się stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie był
iście rażącym. Poprzednio, wesoły, uśmiechnięty, rzeźki, nad wiek
swój żywy, biorący udział we wszystkich sprawach wiejskich,
interesujący się najdrobniejszym niemal szczegółem, obecnie zmienił
się rzeczywiście do niepoznania.

Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popadł pan January w trwający
dotąd stan apatyi, zniechęcenia i nudy, a powiększający się ciągle
i coraz bardziej. Z małżeństwem Oli pogodził się, bo zgodzić się
na nie musiał, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomyślną ręką
córki, w ojcowskiem sercu, nie zagoiła się bynajmniej. Pan January
zamknął się w sobie i przeżuwał cierpienie własne, nie mogąc o
niem zapomnieć.

I czyż nawet można było dziwić się temu? Każdy kąt, każda
ścieżka i sprzęt w pałacu nasuwały biednemu ojcu na pamięć
jedynaczkę, martwota zaś i cisza komnat, oraz ich głucha pustka
przypominały stale nieobecność jej bezpowrotną.

Gdy Krasnostawski, zamieszkały w pobliskim folwarku, Tomaszówce,
wpadał tu czasem w interesach i sprawach majątkowych, - ożywiał
nieco obecnością swą te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu,
dnie jeszcze bardziej dłużyły się panu Januaremu.

Na stole w jadalni gowartowskiego pałacu leżało kilka książek, obok
w salonie i buduarze widniały porzucone pisma świeże - na biurku w
gabinecie przyległym bielały rozłożone arkusze, zapełnionego pismem
papieru. Pan January przed chwilą przestał był czytać, oraz pisać
teraz zamierzał, a przechadzając się tymczasem poprzez szereg
czterech leżących obok siebie, otwartych, pooświetlanych pokoi,
myślał.

W ciszy uśpionego już od dawna domu wybiła godzina druga...

Monotonny odgłos zegara zbudził Gowartowskiego z zadumy. Poruszył
się szybciej, sam pogasił światła w czterech sąsiednich komnatach,
poczem, westchnąwszy cicho, przetarł dłonią czoło i usiadł przy
biurku przed rozłożonemi ćwiartkami papieru.

Nie wziął jednak pióra do ręki... Myśl leniwa odbiec na rozkaz nie
chciała, podparł więc pan January dłońmi głowę i zamyślił się
znowu.

Wokoło, z umilkłem echem jego miarowych kroków, zapanowała
niezamącona niczem cisza, i trwale dość długo, nie przerywana zgoła
niczem.

Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniósł głowę dziedzic Gowartowa,
sięgnął po pióro i zaczął pisać szybko. Jedne po drugich
wypełniały się jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na
biurku, zgrzyt zaś stalki w milczeniu głuchem donośnie rozbrzmiewał
po pokoju. W ten sposób minęła godzina, a może i więcej...

Przestał wreszcie pisać ojciec Oli, odłożył pióro i schowawszy
starannie papiery do szuflady biurka - powstał.

Wywołany zazwyczaj umysłowem znużeniem, sen nie kleił jednak dzisiaj
powiek jego.

Przeciwnie. Zmuszony przed chwilą jeszcze, oderwawszy się od
teraźniejszości, zanurzyć w przeszłość własnego życia, którą
opisywał - pan January orzeźwionym był jakby, a wyraz melancholyi
smutnej znikł z oblicza jego, oczy patrzały jaśniej jakoś,
zapatrzone, zda się, w odległe dawne wspomnienia...

I wyparte tą chwilą obecną, cierpienie pierzchło na chwilę, ojciec
Oli zaś, spragniony snać powietrza, otworzył okno, wychodzące na
ogród.

Dotykając szyb, zaszeleściły cicho gałęzie pnącego się wysoko po
murze winogradu, i powiew balsamiczny, świeży, wpłynął do pokoju.

Pałac gowartowski górował nad okolicą. Do stóp jego, poza parkiem i
stawem, w półkole, tuliła się wioska, a dalej widniały uprawne
pola, odcinał się na widnokręgu sinawy pas lasów, wśród
rozległych zaś, jak okiem sięgnąć, płaskich obszarów - majaczyło
kilka dalekich siół i futorów...

W chwili, gdy pan January stanął w oknie gabinetu, z którego
krajobraz ten cały, jak na dłoni, można było objąć okiem - nad
otaczającemi Gowartów wkoło równinami, pełnemi nieujętego jakby
smutku i niewysłowionej dziwnej tęsknoty - nad zadumanymi jarami,
sennymi łanami i bielejącymi szerokimi traktami - z wolna gasła
właśnie jesienna noc, pogodna, a z nieba, stopniowo niknąc,
pierzchały ostatnie gwiazdy... Jeszcze tylko mgły przedporanne
błąkały się tam i ówdzie, półmrok zaś szarawy przedświtu,
walczący z cieniami nocy, coraz bardziej zwycięski, hardy, panoszył
się już dokoła.

Gowartowski stał nieruchomo w oknie, a odczuwając głęboko nieujęty
czar, płynący ku niemu senną falą z ziemi rodzinnej, jednocześnie
uczuwał w duszy chęć konieczną wyrwania się, choć na krótko z
tych ciasnych ram pokoju.

W tej samej chwili ciszę drzemiącą przerwał nagle pojedynczy
dźwięk, rytmiczny i daleki. Wplótłszy się melodyjnym akordem w
ogólne milczenie, szedł coraz donioślejszy... bliższy...

Przez perlące się jeszcze nocną rosą łany zboża i łąki, zagony
buraków i jary, leciało monotonne echo dzwonka, żałosne sobą i
jakby smętne, błąkając się po uśpionych jeszcze obszarach, budząc
drzemiące ptactwo, leniwo i niechętnie zrywające się gdzieniegdzie
do lotu.

- Telegram! Może do mnie, pójdę i zobaczę... mruknął do siebie
półgłosem pan January, i odstąpiwszy od okna, sięgnął kapelusz.

W tej samej chwili wzrok jego przesunął się po ścianie, na której
wisiała strzelba i przybory myśliwskie. Gowartowski spojrzał mimo
woli na swój ubiór.

Był w butach wysokich z cholewami, których dobę całą nie zmienił,
pełen apatyi.

Po przelotnej chwilce wahania, pan January wziął strzelbę, torbę,
naboje i wyszedł przez balkon do ogrodu. Czuł potrzebę ruchu,
powietrza i postanowił zapolować na dzikie kaczki. Drzemiąca żyłka
myśliwska przebudziła się w Gowartowskim, a odnalazłszy ulubieńca
swego, legawca, śpiącego w ładnej budce, wyruszył przez park na
pola.

Myśl jego była jakby wolniejsza, wzrok zaś uporczywie ścigał
krajobraz, niejako wsłuchując się w bliski już teraz zupełnie
odgłos dzwonka. Nadzieja zwodnicza podsunęła mu bezpodstawne
przypuszczenie, iż może ten oto znajomy dźwięk, zwiastujący
telegraficznego posłańca, przyniesie mu jakąś dobrą, a
niespodzianą od Oli wiadomość.

Rzeczywistość, jak zwykle, rozwiała chwilowe złudzenie. Spokojnie i
równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzyżu drewnianym,
przesunęła się sennie, w jednego konia, dwukołowa bida, z siedzącą
na niej skuloną postacią, i brzęcząc dzwonkiem, zginęła w mgłach
porannych.

Dziedzic Gowartowa westchnął, i minąwszy park oraz wioskę, boczną
ścieżyną skierował się ku polom. Poprzedzany kręcącym się
wesoło, całym czarnym, z białemi łapami, legawcem, w pól godziny
potem spuszczał się w jar głęboki.

Otulony ciszą przedświtu, drzemał tu staw obszerny, cały zarosły
sitowiem - siedziba kaczek dzikich; mały młynek drewniany, cichutko
szemrząc przelewającą się wodą, odpoczywał, przyparty do wązkiej
grobelki; w jej pobliża maleńka, garbata chatynka młynarza
dopełniała krajobrazu.

Po raz pierwszy od bardzo dawna poddał się pan January obecnej chwili
tylko, zapomniawszy momentalnie o dręczącem go cierpieniu. Stąpając
ostrożnie i cicho po zroszonej trawie, szedł wzdłuż stawu, nad jego
brzegiem, rozglądając się bystro dokoła.

Milczenie i spokój panowały niepodzielnie w tym zakątku. Czasem tylko
załopotało coś w sitowiach i zaraz zcichło; tuż ponad senną taflą
wód przeleciał wolno koło idącego myśliwca jastrząb wodny, kulik,
zniknąwszy niebawem z oczu...

I melancholijna szarość, jeszcze na wpół pogrążona we śnie,
cicha, królowała dalej znowu, skupiona w sobie, niezamącona niczem,
chyba tylko szelestem kroków ludzkich i biegiem legawca.

Nagle pan January przystanął:

- Wara! do nogi! - syknął cicho na psa. Legawiec, podniósłszy lewą
łapę i wyprostowawszy ogon sprężyście, znieruchomiał.

Na czystą taflę wód stawu, rzecz rzadka, wypływały poważnie dwie
kaczki dzikie i kołysząc się niedostrzegalnie, zbliżały się, ufne,
z wolna płynąc, na odległość strzału. Myśliwiec odwiódł kurka u
strzelby, jak mógł najciszej, i przyłożył broń do ramienia.

Przeczekał chwilę jeszcze, i pociągnął za cyngiel...

Odbity w milczeniu dziesięciokrotnem echem huknął w ciszy pierwszy
strzał!... Dosiągł on jednocześnie obie kaczki, położył je
trupem, i zbudził zarazem śpiącą w sitowiach zwierzynę.

Zagotowało się tam teraz wszędzie; tłumione szelesty rozległy się
na wsze strony; kurki wodne, kaczęta, kaczki nawoływały się
wzajemnie, kilka z tych ostatnich poderwało się nawet hen, w
perspektywie, na drugim krańcu stawu... daleko. Jedna zaś, wynurzywszy
skądś, z charakterystycznym poświstem skrzydeł, przeleciała: wysoko
prostopadle ponad głową myśliwego.

Posłuszny legawiec jednocześnie przynosił panu w zębach zabitą
zwierzynę; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesił je u torby i
poszedł dalej.

Powoli, stopniowo, rozjaśniało się tymczasem.. Na wschodzie, gdzieś
w oddali, widnokrąg zaróżawiał się, niedostrzegalnie, leciutko...

Ojciec Oli Dzierżymirskiej, ze spuszczoną głową, postępował
wciąż brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwało się
trwożliwie, myśliwiec jednak nie zadawał sobie trudu strzelać do
nich, bo oto znowu, wywołane na pozór drobnostką, pochłonęły
bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne.

Rok temu, podobnie jak dziś, polował on tutaj.

Razem z Olą wyjechali o drugiej, nocą, i przybyli nad staw przy
księżycu jeszcze. Tak samo cisza uśpienia panowała dokoła, tak
samo, jak przed chwilą, na toń czystą, lśniącą się tylko w
dogorywających, drżących promieniach miesiąca - wypłynęła
zwierzyna...

Pamięta, jak dziś, ową chwilę, radość córki z tej przejażdżki i
jej ciekawość asystowania przy polowaniu. Stoi mu żywo przed oczyma
twarzyczka jej zarumieniona, ładniutka, wzruszona, ciekawie śledząca
wzrokiem kaczki, płynące po wodach...

Pamięta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy już cyngla dłonią
dotykał, szczebiot jej wesoły spłoszył zwierzynę, i jak wówczas
Ola tego sobie darować nie mogła...

Westchnienie ciche podniosło pierś Gowartowskiego, brwi zmarszczył i
zatopił się w myślach niepomny zupełnie otoczenia swego.

Tymczasem zwierzyna co chwila podrywała się tam i ówdzie,
przelatując blisko idącego machinalnie naprzód myśliwego.

Legawiec, kręcąc ogonem, wiercił się na wszystkie strony, skamlał
nieśmiało, z cicha, gonił uciekające kaczki i powracał, podnosząc
rozumny swój wzrok na zamyślonego pana, z wyrazem zdziwienia, iż nie
słyszy już strzałów - wyraźnie zgorszony postępowaniem jego.

Staw tymczasem już się kończył..

W pobliżu, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem
błotnistych moczarów, widniał taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i
sitowiem zarośnięty cały.

Znając snać dobrze drogę ku niemu, pan January nie zatrzymał się, a
tylko ciągle tak samo zadumany, ruszył w drogę dalej, prosto przez
bagno, stawiając powoli stopy na trzęsących się kępkach zielonych.

Pod ciężarem ciała idącego myśliwca grunt uginał sie, kołysał
niedostrzegalnie, a pod nim chlupotała woda i poruszał się krąg
cały wodnistej ziemi.

Pan January nie zwracał jednak na to żadnej uwagi; w myślach
rozpamiętywał coś ciągle, w oczach zaś uporczywie majaczyła mu
wywołana przypomnieniem twarz i postać Oli, przesłaniając sylwetką
swą wzrok jego zamglony.

Roztargniony jakby, tu, gdzie się znajdował, zgoła nieobecny,
Gowartowski szedł przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga
niespodzianie obsunęła mu się na małej kępce, i mało, mało, że
nie stracił równowagi...

Tymczasem poza nim, w dal roztwierały się niby widnokręgu podwoje...

Stopniowo, wąskie pasmo skrytego jeszcze słonecznego światła, rosło
na niebiosach. Z pod białych puchów posłania i spuszczonych
dyskretnie jakby gazowych u łoża zasłon - zarumieniona, wstydliwa
wychylać się poczęła jutrzenka różana, przeciągając się
lubieżnie jeszcze poza przejrzystą oponą obłoków bladych...

Ponad stawem latały teraz ciągle kuliki; w dali na horyzoncie, z
innego snać legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ciągnęło tutaj
całe stado dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrząb
krążył majestatycznie nad łanem zboża...

Ostatnie wreszcie cienie przedświtu pierzchły nagle... Pierwszy
promień słońca wyjrzał nieśmiało, błysnął po białych ścianach
chatynki i blaszanym dachu starego młyna, dotknął się tafli stawu,
zamigotał w mętnych błotach moczarów i musnął pieszczotliwie
odwróconą sylwetę idącego mężczyzny.

Na błyszczącej lufie przełożonej przez plecy strzelby zapalił się
blaskiem. Minęła chwila... i już tryumfalnie zajaśniał on,
objąwszy płomieniem świateł liście kilkunastu drzew, rosnących
wśród bagien. Postać kroczącego miarowo po moczarach człowieka na
zakręcie, czy też w drzew cieniu, znikła nagle w mgnieniu oka...

Po chwili w dali rozległo się tylko głośne szczekanie psa.

Umilkło...

Nad ziemią w tej samej chwili wstał dzień nowy, pełen nadziei, z
radością na promienistem czole.

---------


Na platformie kawiarni, położonej na szczycie góry "Gűtsch,"
wznoszącej swój cypel wyniosły ponad wdzięcznie rozrzuconą u jej
stóp Lucerną, roiło się od turystów, siedzących przy stolikach.

Szmery prowadzonych rozmów łączyły się w akord wspólny z grającą
smętnie i cicho orkiestrą, wzrok zaś wypoczywających gości
pieścił widok cudny i wspaniały na miasto, tulące się zacisznie do
brzegów jeziora, zapatrzone w jego ciemnoszafirowe głębie, w których
lustrzanej toni milcząco przyglądały się również zadumane
wierzchołki gór.

Zamykały one łańcuchem swym cały widnokrąg naprzeciw miasta, po
drugiej stronie jeziora, i ramowały na prawo krętą szyję wód jego,
płynących cicho w dal...

Ozłociwszy purpurą i złotem śnieżne szczyty ginących we mgle Alp,
zamigotawszy krwawo na białych frontach nadbrzeżnych hoteli,
spiczastych wieżach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw,
właśnie przed chwilą zgasł ostatni promyk słońca...

Natomiast zmierzch szary już obecnie wychylał się skądś
nieśmiało, ślizgał się po gładkiej tafli jeziora, przechadzał po
dwóch, krytych daszkiem, drewnianych mostach, starożytnych i wąskich,
a omraczając sześciokątny czubek, położonej tuż przy jednym z
nich, oryginalnej wodnej wieżycy, swawolnie zdawał się zatapiać ją,
jedynaczkę, sterczącą zabawnie pośród wód szafiru.

A tymczasem, pod wpływem idącego wieczora, cichło jakby jeszcze
bardziej wszystko dokoła... Senny spokój płynąć się zdawał od
Lucerny, która, choć przepełniona gośćmi z całego świata,
tętnić poczynająca właśnie o tej porze muzyką i gwarem -
obserwowana jednak stąd, z "Gűtsch" wierzchołka, wydawała się tak
spokojną - tak cichą, jakby nie była zgoła punktem zbornym
kosmopolitycznej towarzystw śmietanki, ale tylko - oazą wytchnienia i
swobody.

W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej platformy,
przy stoliku, siedziało pięć osób.

Towarzystwo to składali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córką i
poważnym jegomościem, ojcem zapewne rodziny - młody, żwawy,
przystojny Francuz i Dzierżymirscy.

Ożywiona, niemilknąca rozmowa, podtrzymywana głównie przez Olę i
młodego Francuza, panowała przy tym, odosobnionym od innych, stoliku.
Stary jegomość śmiał się co chwila serdecznie i jowialnie z
dowcipów młodzieńca, panienka również rozmawiała wesoło i jeden
tylko Dzierżymirski stanowił w tym akordzie dobranym kontrast aż
nadto wyraźny, zachowanie się zaś jego milczące i bierny, li tylko
konieczny, udział w rozmowie, świadczyły dobitnie, że to wszystko
nudzi go nad wyraz.

Oczy Dzierżymirskiego, pełne zamyślenia, prawie bezustannie
spoczywały na krajobrazie u podnóża góry, z rzadka przenosząc się,
obojętne, na towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywał się głównie
na Oli. Zaduma smętna, od otoczenia daleka, znikała wówczas na
chwilę z jego oblicza, źrenice zaś czarne Romana, ciemniejszemi
stawały się, badawcze... Nader korzystnie zaś dnia tego wyglądała
pani Ola. Ubrana w zgrabną suknię, z jasnej materyi, czyniła
wrażenie wytworne i eleganckie; obnażone zaś dość głęboko, z
okazyi niby gorąca, pierś, szyja i ramiona, przykryte tylko ażurową
koronką, stanowiącą całość z suknią - podnosiły jeszcze wdzięk
jej postaci. Siedząc obok młodego Francuza, rozmawiali z nim
przeważnie, śmiejąc się, dowcipkując, i bezwiednie zapewne tylko,
rzucając mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia.

Trwało tak dosyć długo. Po niejakim czasie jednak Ola zauważyła
snać dziwne trochę zachowanie się męża, bo, skorzystawszy z
ogólnego powstania, spowodowanego czyjąś uwagą o krajobrazie,
zbliżyła się do Dzierżymirskiego, i przytuliwszy się, otarłszy,
jak kocię, swą rozkwitłą kibicią o niego, miękko i czule
zapytała:

- Coś taki smutny, Romciu, co ci?

-Nic, kochanie! - odparł krótko Dzierżymirski i dorzucił po chwili:

- Ale, a propos, ja cię tu zostawię, bo sam wpaść jeszcze muszę na
pocztę, tam, na dole...

- Koniecznie chcesz tam iść? To może jedźmy już razem?..

Dzierżymirski odczuł niechęć lekką w głosie żony; cień ledwie
dostrzegalnego niezadowolenia, przemknął mu po twarzy, odezwał się
jednak szybko:

- Nie, nie, zostań, ma chère, proszę cię... Spotkamy się później
w alei nadbrzeżnej, będę czekał na ciebie... au revoir...

Dzierżymirski ścisnął zlekka rączkę żony i zręcznie wycofał
się z platformy, zdążając po schodkach na dół, do stacyi kolejki
zębatej, zwanej "funiculaire," a łączącej w pięciu minutach czasu
górę z miastem.

Zajęte lornetowaniem krajobrazu - którego wdzięk teraz dopiero, po
chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdołał przemówić do ich
poczucia piękna. Towarzystwo nie zauważyło nawet odejścia Romana.
Ten ostatni spuszczał się powoli po schodkach i zasiadł niebawem w
wagoniku kolejki, wkrótce ruszyć mającej do Lucerny.

- A to mnie znudzili - mruknął - zakazane towarzystwo...

W tej samej chwili rozległ się sygnał odjazdowy, wagoniki poruszyły
się z chrzęstem, i hamowane, 

Showing first 200,000 characters. Full text: gutenberg.org/ebooks/6000